Amerykany to są pany!

Chyba pierwszy raz w dziejach mundiali reprezentację USA można uznać za ekipę, która rzeczywiście może namieszać.

Prawda jest taka, że obecny mundial może być najlepszym  dla Stanów Zjednoczonych w całych dziejach. Że wynikowo - na razie nie ośmielę się powiedzieć: podczas pierwszego mundialu w 1930 roku zespół amerykański zajął trzecie miejsce na świecie, ale zadanie było niewspółmiernie łatwiejsze niż obecnie. Wtedy do zdobycia brązowego wystarczyło wygrać z Paragwajem i Belgią po 3:0 w trójzespołowej grupie i... przegrać 1:6 w półfinale z Argentyną. Meczu o trzecie miejsce nie było. Cóż, pierwsze mistrzostwa miały nieco kadłubowy charakter...

Why not US?!

Dziś skala wyzwania jest nieporównywalnie większa, ale Amerykanie wstrzelili się świetnie: w najważniejszym dla siebie momencie dorobili się wyjątkowo utalentowanego, ale i zarazem, przyznać trzeba, dojrzałego pokolenia piłkarzy. Jest kilka powodów nie tylko czysto sportowych, dla których z gospodarzami trzeba się liczyć. Zanim przejdę do drużyny, zwrócę uwagę na dwa oczywiste aspekty, które też budują USA. Trybuny wspaniałych stadionów w Los Angeles, Seattle czy Santa Clara wypełniają się kibicami gospodarzy, którzy rzeczywiście potrafią zrobić fantastyczną atmosferę i nieść zespół w trudnych dla niego momentach. Show must go on! Poza tym Amerykanie nie są narażeni na dalekie - dla niektórych uciążliwe, dla innych wyczerpujące - podróże, zyskując tym samym handicap w stosunku do innych. Cały czas pozostają na Zachodnim Wybrzeżu.

A co tam, co mi szkodzi, napiszę nieznośnie podniośle, czyli w amerykańskim stylu: chłopcy idą jak burza, mając za sobą naród! Uwierzyli w siebie: „Dlaczego nie my?!”. Zauważam przy tym pewną ironię losu, że mentalność zwycięzców musiał zaszczepić im selekcjoner... z Argentyny. Mauricio Pochettino, który z niejednego futbolowego pieca jadł - choćby Tottenham pamięta, potrafił wpoić piłkarzom charakterystyczną ogromną pewność siebie. No co: to nie koszykarze czy baseballiści; wiedzieli, że na świecie w każdej chwili mogą zebrać bęcki... Oczywiście głowa jest najważniejsza, ale samą głową to można najwyżej ścianę z dykty rozwalić w patriotycznym szale. Jeśli nie umiesz grać w piłkę -  głowa nie pomoże... Tymczasem eksperci w analizach dla ESPN obecnie chwalą USA za uformowanie się w jedną z najlepiej poukładanych taktycznie drużyn tego turnieju! To też zasługa Pochettino: jego chłopcy potrafią zarówno dominować (jak choćby w wygranym 4:1 meczu z Paragwajem na starcie), jak i przetrwać kryzys spowodowany grą w osłabieniu po czerwonej kartce w ostatnim meczu z Bośnią, po którym awansowali do 1/8 finału.

Argentyński trener słynie z preferowania wysokiego, intensywnego pressingu oraz ofensywnego stylu opartego na szybkim przejściu z obrony do ataku. Pochettino wymaga od piłkarzy doskonałego przygotowania fizycznego. Otwarcie walczy przy tym z przejawami samozadowolenia w zespole, zawsze potrafi więc podopiecznych docisnąć. Stawia przy tym na elastyczność taktyczną, szukając idealnego balansu („chodzi o odpowiednich, a niekoniecznie najlepszych 26 piłkarzy”) - o czym niżej. 

Amerykanie wierzą w swoją drużynę. Fot. PAP / EPA

Konkrety, bez pindolenia

Od razu rzuca się w oczy, że amerykańska drużyna gra z piłką inaczej niż bez niej. Przy jej posiadaniu  drużyna USA tworzy trzyosobową linię obrony z bocznymi obrońcami wysuniętymi daleko w pole, co tworzy formację niemal 3-2-5 i daje zawodnikowi takiemu jak stoper Tim Ream możliwość atakowania z głębi pola. Jednak bez piłki Amerykanie przechodzą na formację 4-2-3-1, trudną do przełamania i wspierającą Reama w obronie. Pochettino szlifuje pracę duetu stoperów Ream - Chris Richards, tworzących parę środkowych obrońców. Odkąd go zatrudniono, rzeczywiście grają na coraz wyższym poziomie. 

Ważna rolę odgrywa Tyler Adams. Pochettino bardzo go docenia. To bodaj najważniejszy zawodnik reprezentacji. Jeśli nie ma go na boisku, drużyna USA musi zmieniać całą taktykę. Jako defensywny pomocnik osłania linię obrony i nie popełnia błędów z piłką przy nodze. Jego podania zazwyczaj nie są nadzwyczajne, ale facet jest od odbiorów, a nie podań. Taki nasz Waldemar Matysik: zapewnia zawodnikom przed sobą komfort gry. Bournemouth pomógł w wywalczeniu pierwszego awansu do europejskich pucharów; no i odegrał niebagatelną rolę w ostatnim meczu z Bośnią i Hercegowiną. 

Inna ciekawostka taktyczna? Sergino Dest w PSV Eindhoven gra na pozycji skrajnego obrońcy, w reprezentacji Pochettino przesunął go jednak wyżej, na skrzydło, co jak się okazuje - było świetnym ruchem. Dest  - jak się okazuje - jest bardzo niebezpieczny, gdy ma mniej obowiązków w obronie, a więcej swobody w ataku. Jest dynamiczny w dryblingu i ma świetny strzał. Albo wymiana pozycji Westona McKenniego (najbardziej wszechstronny gracz tej drużyny) i Malika Tillmana (dotąd klasyczny rozgrywającemu). Teraz Tillman grał głębiej niż kiedykolwiek wcześniej (obok Adamsa lub tuż przed nim), a McKennie - na wysuniętej pozycji rozgrywającego, czyli tam, gdzie wcześniej Tillman. 

Co dalej?

Wiadomo, że Folarin Balogun opuści najbliższy mecz w 1/8 finału przeciwko Belgii. Pauza wynika z czerwonej kartki, którą napastnik otrzymał podczas meczu z Bośnią i Hercegowiną. Amerykanie nie przystąpią do tego meczu z uśmiechem na ustach. 28 marca 2026 roku w meczu towarzyskim w Atlancie Belgia rozgromiła USA aż 5:2... Wydaje się, że Pochettino stworzył kompletną drużynę, która prezentuje nowoczesny, elastyczny i niezwykle intensywny styl gry. Drużyna stosuje wysoki, skoordynowany pressing. Amerykanie nie skupiają się przy tym na powolnym rozgrywaniu piłki od tyłu, lecz starają się odebrać futbolówkę blisko pola karnego rywala. Pod wodzą Argentyńczyka odeszli od schematu 4-3-3; gdy zespół atakuje - przechodzą w elastyczny system 3-4-2-1, tworząc trzyosobowy blok obronny. Bogactwo wariantów taktycznych sprawia, że Amerykanie stają się jednym z głównych czarnych koni turnieju. Bardzo jestem ciekaw, czy te słowa znajdą urzeczywistnienie. 

Donald zarządza wizerunkiem

Prezydent Donald Trump docenia występ reprezentacji, uznając go jako ogromny sukces komercyjny oraz wizerunkowy. Do wyników sportowych odnosi się w sposób zdawkowy i ogólny, co nie może dziwić, bo nie ma o tym pojęcia. Telefoniczne motywował kadrę przed inauguracyjnym, wygranym meczem z Paragwajem, rozmawiał wówczas z Pochettino i go chwalił. Ale i przywalił wtedy w swoim stylu, że Amerykanie mają „ogromną szansę zajść w tym turnieju na sam szczyt i wygrać cały mundial”. W lożach VIP podczas mundialu go nie ma. Eksperci sugerują, że Trump – po tym jak został wygwizdany na jednym z finałowych meczów ligi NBA – woli unikać wielonarodowościowych, nieprzewidywalnych trybun na stadionach piłkarskich.  Właściwie... mam to gdzieś. Nie wiem, po co o tym wspominam! Czas więc kończyć ten tekst.  

Paweł Czado

ARGENTYŃSKA SIŁA TRENERSKA

Maurizio Pochettino, selekcjoner USA. Fot.  PAP / EPA.

Tego jeszcze nie było: podczas obecnego mundialu argentyńska szkoła trenerska bije niecodzienny rekord. Aż sześciu (sic!) selekcjonerów  z tego kraju prowadziło/prowadzi podczas turnieju reprezentacje - pięć z Ameryki Południowej, jedną z Północnej: konkretnie USA - stąd ta ramka właśnie dziś w tym miejscu. Przyznać trzeba, że argentyńska myśl taktyczna święci triumfy. Szkoleniowcy z tego kraju pracują nie tylko z ojczystą reprezentacją (Lionel Scaloni), ale także z USA (Mauricio Pochettino), Urugwajem (Marcelo Bielsa), Kolumbią (Nestor Lorenzo), Ekwadorem (Sebastian Baccacece) i Paragwajem (Gustavo Alfaro). Czterech z tych szkoleniowców ciągle może marzyć o najwyższych laurach – dotąd odpadły jedynie Urugwaj (w grupie) i Ekwador (w 1/16 finału). 

Jeszcze ciekawostka: aż pięciu z sześciu wymienionych szkoleniowców (poza Lionelem Scalonim) urodziło się dokładnie w tej samej argentyńskiej prowincji – Santa Fe. To właśnie więc prowincjonalne miasto w północnej Argentynie, o 360 km oddalone od Buenos Aires, wykształciło - jak widać - nowoczesne podejście do futbolu i roznosi jeniczym kaganek po świecie…

(pacz)

Odblokuj publikację i korzystaj bez ograniczeń

Kupuję

Masz już dostęp? Zaloguj się