Brakuje nam konkretu z przodu

Rozmowa z Marcinem Kamińskim, stoperem Wisły Płock, zdobywcą Złotych Butów w roku 2015 i wiceliderem naszego rankingu w bieżącym sezonie

Marcin Kamiński (z prawej) z przytupem wrócił na ligowe boiska w Polsce. I – jak widać – żadnej roboty się nie boi. Fot. Dawid Figura / Press Focus

Dziewięć miesięcy minęło od pańskiego powrotu na boiska ekstraklasy, które opuścił pan... dziewięć lat temu. Najważniejsze wrażenia?

- Parę rzeczy – ot, choćby stadion w Katowicach, na którym rozmawiamy – mnie zaskoczyło. Widać, że ekstraklasa wciąż idzie do przodu. Że przyciąga ludzi, że trybuny są zwykle pełne. To chyba największa zmiana w porównaniu do sytuacji w momencie mojego wyjazdu z Polski.

Gra pan dziś w Płocku, ale wyjeżdżał pan z Lecha. Do Poznania teraz nie ciągnęło?

- Ciągnęło, ale z drugiej strony nie było zainteresowania.

Przyjął pan ofertę beniaminka. To niemałe ryzyko...

- Było, owszem. Ale pokazaliśmy jesienią, że można grać skutecznie i punktować, będąc beniaminkiem. Szkoda, że nie kontynuujemy tego wiosną, bo – moim zdaniem – stać nas na to.

A może liga się was po prostu nauczyła?

- Może i się nauczyła, choć akurat GKS – choć wygrał z nami 1:0 – wcale nie był zespołem lepszym, który by nas zdominował. Zabrakło raczej szczęścia niż piłkarskich umiejętności. A co do nauki – Wisła też się przez te miesiące nauczyła, jak korzystać z mankamentów przeciwników.

Sami w sobie też szukacie przyczyn słabszej postawy w rundzie rewanżowej?

- Oczywiście. Na pewno naszą silną stroną była gra defensywna; niedopuszczanie przeciwnika do stwarzania sobie sytuacji. Dziś wciąż wygląda to dobrze, natomiast dość często brakuje nam konkretu z przodu, żeby zakończyć spotkaniem pozytywnym rezultatem.

Gdyby patrzeć z punktu widzenia beniaminka, miejsce w środku stawki ligowej byłoby całkiem niezłe. Ale jeśli spojrzeć z perspektywy mistrza jesieni, to taka lokata będzie rozczarowaniem. A co panu w duszy gra, gdy widzi pan Wisłę na miejscu szóstym czy siódmym?

- Emocji wielkich nie czuję, bo ta liga w tym sezonie jest tak spłaszczona, że nie pamiętam, żebym coś takiego kiedykolwiek widział. Po jednym spotkaniu można grać o mistrzostwo, po kolejnym – być zamieszanym w grę o utrzymanie. Więc nie robię wielkiej sprawy z tego, że jesteśmy na miejscu piątym. Oczywiście chcieliśmy wciąż grać konsekwentnie, dobrze i skutecznie, ale w kilku wiosennych meczach nam tego brakowało. W sumie jednak najważniejsze jest, że drużyna – mimo serii pięciu porażek – zdołała tę passę przełamać; że wyszliśmy z tego dołka.

Choć to zabawa, drugie miejsce w klasyfikacji Złotych Butów swoją wagę ma. Dostaje pan jeszcze pytania o reprezentację, o marzenia i o nadzieje?

- Ze swojej strony żadnych tematów nigdy nie zamykałem. Ale nie jest tak, że spodziewam się, że jakieś powołania zaczną przychodzić. Dziś chciałbym przede wszystkim dobrze wykonywać swoją pracę Wie pan, jak to jest: dopiero kiedy nam będzie szło dobrze, tak jak byśmy sobie tego życzyli, mogą przyjść efekty w postaci różnych nagród, choćby reprezentacyjnych nominacji. Ale w ogóle się na tym w tej chwili nie skupiam.

Rozmawiał Dariusz Leśnikowski

Odblokuj publikację i korzystaj bez ograniczeń

Kupuję

Masz już dostęp? Zaloguj się