Burze, pioruny i inne wyzwania

Rozmowa z Szymonem Marciniakiem, jednym z najlepszych piłkarskich arbitrów na świecie

Szymonowi Marciniakowi brakuje na boisku takich piłkarzy, jak Edgar Davids czy Marco Materazzi, którzy w sobotę zagrali na Śląskim. Z prawej Robert Pires (nr 7). Fot. Marcin Bulanda/PressFocus

W sobotę na Stadionie Śląskim poprowadził pan niecodzienny mecz gwiazd „Galacticos Show”, gdzie z jednej strony była drużyna „Samurajów” Brazylijczyka Ronaldinho, a z drugiej „Gladiatorów” Francesco Tottiego. Często przychodzi panu gwizdać w takich spotkaniach?

- Jak jest okazja, to miło się spotkać ze znajomymi, z którymi lata temu widziało się na boisku. Mam miłe wspomnienia z niektórymi zawodnikami, których zobaczyliśmy w akcji. Francesco Tottiemu sędziowałem w swoim pierwszym ćwierćfinale Ligi Mistrzów pomiędzy Realem Madryt a AS Roma. Można było sobie coś powspominać z przeszłości. A sam mecz? To fajna zabawa i fajny show. Sędzia jest tutaj potrzebny tylko po to, żeby się coś nie wydarzyło, bo jak wiemy, zawsze ktoś może się „odpalić”. Na szczęście widzieliśmy radosny futbol, wysoki wynik. Nikt sobie krzywdy nie zrobił.

No, ale były momenty ostrzejsze, bo coś tam w pana kierunku gestykulował Edgar Davids, pretensje miał Marco Materazzi…

- A nie, to my się już znamy w tym względzie, bo kilka razy wspólnie braliśmy udział w takich wydarzeniach i zawsze, szczególnie z Materazzim, mamy fajny przelot, bo Marco lubi podostrzyć. W sobotę też wziął już jednego z rywali na celownik. Pytał na boisku, czy zabrałem kartki, a ja mu na to, że tak, miałem je przy sobie, żeby nie zepsuć święta (śmiech). Powiem tak - pewnych rzeczy z charakteru się nie wyrzuci, a wiemy że Marco czy Edgar Davids w czasach swojej gry lubili podostrzyć. Moja generacja pamięta ich lepiej niż młodzi ludzie teraz i dodam, że takich piłkarzy jak oni teraz mi brakuje.            

Mecz miał trwać 2x40 minut, a graliście do 85 minuty. Zegarek się zepsuł?

- Nie, nie, wiadomo jak jest w przypadku takiego show. Telewizja rządzi się swoimi prawami. Druga połowa też miała trwać czterdzieści minut, ale była prośba, żeby wszystko wydłużyć trochę, do 45 minut i tak to wydłużyliśmy, mimo że zawodnicy z tego powodu nie byli zbyt szczęśliwi (śmiech).

A sędziowanie na Stadionie Śląskim to coś specjalnego?

- Zawsze tu miło wracam. Rok temu byłem tutaj w Chorzowie podczas meczu Ruch – Wisła Kraków, kiedy mieliśmy święto polskiego futbolu. Szkoda że na zapleczu ekstraklasy, ale mam nadzieję, że już wkrótce to się zmieni. Tutaj na Śląskim zawsze świetnie się sędziuje, jest taka atmosferka, której nie da się opisać. Czasami te zamknięte stadiony nie mają tego, co jest podczas meczów na Stadionie Śląskim. Może ktoś powie, że jest bieżnia lekkoatletyczna, że jest daleko od boiska, ale mnie zawsze w Chorzowie naprawdę świetnie się prowadzi mecze!

Sezon się kończy, przed panem mistrzostwa świata w Ameryce, ale czy jeszcze na finiszu rozgrywek ekstraklasy możemy się spodziewać czegoś specjalnego w pana wykonaniu?

- Plany na końcówkę sezonu są spore, wiemy, jakie mecze do końca zostały i do czego jestem wyznaczony. Cały czas walczę z kontuzją i nie jest idealnie. W poniedziałek po meczu z Gliwicach Piast - Arka, jeżeli coś będę odczuwał, to odstawiam wszystko na bok i już tylko będę się przygotowywał do mistrzostw w Ameryce, żeby dać trochę radości polskim kibicom, bo cały nasz zespół sędziowski – po tym jak nasza kadra odpadła – dostał wiele pozytywnych wiadomości i wsparcia. Jak nie idzie, to kibice zwracają się do mnie, do nas. Tak było w Katarze na ostatnim mundialu, byłem na trybunach podczas meczu Francja – Polska, gdzie przegraliśmy w 1/8 finału. Kibice, którzy mnie tam wtedy widzieli, mówili: „Panie Marciniak, teraz wszystko zależy od pana, nie możesz pan tego spieprzyć”. Było sympatycznie i fajnie (uśmiech).

Mam pytanie o możliwość spalonego Wengera, czyli odgwizdywanego tylko wtedy, gdy cała sylwetka napastnika jest przed obrońcą, a nie jak obecnie, gdy wysunięta jest część ciała. Jak pan do tego podchodzi?

- Spokojnie. Podczas meczu w Chorzowie o te niektóre rozwiązania, nowinki pytali mnie piłkarze. To są tylko pomysły byłych szkoleniowców czy zawodników. Już słyszeliśmy, żeby były trzy połowy po 30 minut, a czas zatrzymywany jak w futsalu. W ten sposób zabijamy romantyzm futbolu. Już VAR to zabił, bo piłkarze po strzelonych bramkach nie wiedzą, cieszyć się, czy nie. To daje jednak jakąś sprawiedliwość. Dziś ktoś mówi, że spalony jest na żyletki. Jeżeli ktoś mówi, że cała sylwetka ma być przed obrońcą, to faktycznie będziemy rozmawiali o tym samym, bo przecież pięta może być na styku. Wrócimy do punktu wyjścia, do tego samego co jest teraz, czyli że będziemy mieli spalonego na żyletki. Ja muszę gwizdać to, co jest w przepisach, muszę się adaptować i tyle w temacie.

Kiedy będzie wiadomo, jakie mecze będzie pan prowadził na mistrzostwach świata, które - przypomnijmy - zaczynają się już 11 czerwca?

- To już dowiemy się na miejscu, przed samym turniejem. Wylatujemy dwanaście dni przed startem imprezy na obóz dla arbitrów, żeby jeszcze trochę dołożyć paliwa, żeby zbudować formę. A co do obsady, to jak zwykle 48 godzin przed meczem będzie się pojawiała obsada. Ja już się wszystkiego nauczyłem, będą to dla mnie trzecie mistrzostwa świata, a cierpliwość w takich sytuacjach to wielka cnota, to moja przewaga. Jadę bez specjalnych emocji, bo finału ponownie już nie dostanę, człowiek pojedzie więc z zupełnie innym nastawieniem.

Wiem, że finału MŚ żaden arbiter nie sędziował jeszcze dwa razy, ale…

- Nie, nie! Nie daje się dwóch finałów, to tak działa, ale też umówmy się, nie można być tak zachłannym. Poza tym jest przecież tak wiele innych ważnych i trudnych meczów. Myślę, że będę takim dobrym żołnierzem dla ludzi, którzy będą wyznaczali obsadę. Mogą mi dać każdy mecz, bo wiedzą, że nie palą człowieka. Można powiedzieć, że w mojej sędziowskiej gablocie jest wszystko, jadę do Ameryki głodny sędziowania, jadę się tam cieszyć. Uważam, że będzie to fenomenalny turniej, choć dość trudny, bo trzy państwa USA, Kanada, Meksyk sprawiają, że tego podróżowania jest dużo. Mieliśmy już doświadczenie z zeszłego roku, z klubowych MŚ. Nasza baza jest w Miami, więc podróże stamtąd do Seattle czy Los Angeles, to siedem czy osiem godzin lotu, trzy godziny różnicy w czasie. To nie są proste rzeczy, dlatego wyjeżdżamy 12 dni wcześniej, żeby ta aklimatyzacja tam na miejscu przebiegła jak najlepiej i żeby być optymalnie przygotowanym. Trzeba będzie złapać tam na miejscu czucie tej temperatury, 36 stopni Celsjusza, 96 proc. wilgotności powietrza. Trenujemy o 9.00 rano, a chcę przypomnieć, że niektóre mecze będą o 12.00! Współczuję tym sędziom, którzy akurat o tej potrze będą prowadzili spotkania. Mam nadzieję, że docenią doświadczenie i na tę porę nie będą mnie desygnowali do prowadzenia gier (uśmiech). Dla mnie to wisienka na torcie, jakim jest cały sezon, a być może i całej kariery.

Kwestie pogodowe w Stanach Zjednoczonych, burze i ewakuacja. Mieliście już jakieś szkolenia w tym zakresie?

- To nie jest jakiś wymysł kogoś przypadkowego, jakiegoś delegata, przedstawiciela czy komisarza. Takie jest amerykańskie prawo. Jeżeli zbliża się burza z piorunami, a jest siedem czy osiem kilometrów od miejsca, gdzie rozgrywany jest mecz, to sędziowie muszą przerwać zawody i bezwzględnie udać się do szatni. Może być i tak, że mecze będą trwały po… kilka godzin!

To co pan wtedy będzie robił?!

- No co mogę zrobić? Pić herbatkę i czekać. Takie jest prawo i tego nikt nie przeskoczy. Mieliśmy przykład na ostatnich klubowych mistrzostwach świata w zeszłym roku, mój kolega Slavko Vincić prowadził mecz Benfica – Chelsea. W 87 minucie dostał informację na ucho, że zbliża się burza i trzeba zejść do szatni. Wszystko trzy minuty przed końcem! No i co? Poszli do szatni i siedzieli tam grubo ponad godzinę, coś nawet do dwóch godzin. W doliczonym czasie rzut karny, bramka, dogrywka i dodatkowe 30 minut grania. To niestety może nas spotkać, ale bezpieczeństwo ponad wszystko, tutaj nie ma dyskusji. Ja mam nadzieję, że będzie zachowany taki „common sense”, że jak przyjedzie burza, a będzie 90 minuta, a doliczonych będą jeszcze dwie czy trzy, to warto to wszystko dograć, skończyć, bo przecież ludzie też są na trybunach. My będziemy jednak tylko narzędziem.

W naszej ekstraklasie schodzenie do szatni w trakcie meczów nie jest niczym niezwykłym…

- Tak, zdarzało się, nie przez burzę czy pioruny, a dym z tych pirotechnicznych pokazów, rac. Nie wiem o co chodzi, czy one są takiej niskiej jakości, że tak śmierdzą, bo czasami sami piłkarze mówią, „panie sędzio zejdźmy, bo nie można oddychać”. Jesteśmy faktycznie doświadczeni jeżeli chodzi o takie sytuacje (śmiech).       

Rozmawiał Michał Zichlarz

Odblokuj publikację i korzystaj bez ograniczeń

Kupuję

Masz już dostęp? Zaloguj się