Dzwon za dzwonem

CZADOBLOG - Paweł Czado

Wisła Kraków jest obecnie jak głodny potwór - obrywają od niej zarówno stare dobre firmy, jak i młode ambitne wilczki. Jeśli Biała Gwiazda po tym sezonie nie wróci do ekstraklasy, to dzwon Zygmunta zapewne wywróci się ze złości na drugą stronę, jak poszewka na kołdrę. Ewentualne zaprzepaszczenie tak udanego startu byłoby swoistym mistrzostwem świata. Jak nie teraz, to kiedy?

Po czterech kolejkach zaplecza ekstraklasy mamy zdecydowanego lidera i stuprocentowego faworyta. Wiśle gra się układa, Wisła ma wszystko i… wszystko od niej zależy. Co za nią stoi?

Po pierwsze – zawsze jak dotąd osiąga zwycięstwo i potrafi realizować cel na różne sposoby. Nie zawsze wygrywa w ten sam sposób, wręcz przeciwnie. Kiedy się da, potrafi rywala wręcz pożreć, kiedy nie – potrafi reagować i wychodzić z opresji na własnych warunkach. Modelowym przykładem było spotkanie w Tychach i wzorowa wręcz reakcja na doścignięcie przez ambitnego rywala. W ostatnim meczu było podobnie - gdy Wisła straciła prowadzenie, potrafiła je odzyskać raptem po… 25 sekundach.

Po drugie – zainteresowanie. Jeśli na mecz z Pogonią Grodzisk Mazowiecki przychodzi 30 tysięcy ludzi, to musi to robić wrażenie na wszystkich. Na przyjaciołach, na wrogach, na potencjalnych sponsorach. Wygląda na to, że klub osiągnął coś bardzo cennego, tak pożądanego przez tyle lat w polskich warunkach. Ludzie zaczęli przychodzić na Reymonta na własny klub, a nie na rywala. Jeśli uda się utrzymać ten trend tworzenie prognoz finansowych będzie łatwiejsze.

Wisła przed ostatnim meczem w Krakowie. Jest moc! Fot.  Krzysztof Porębski/PressFocus

Po trzecie – wyważone proporcje. Mamy udaną mieszankę w drużynie; są gwiazdy i wyrobnicy, są pianiści, stroiciele fortepianów i tragarze, którzy je noszą. Przydatni są zarówno cudzoziemcy – jak uwielbiany pod Wawelem Angel Rodado - jak i łebki, które dopiero startują do wielkiej kariery. Przykładem nastolatek Maciej Kuziemka, który w ostatnim meczu z Pogonią sprytnie zgubił krycie w polu karnym, a potem huknął pod poprzeczkę niczym stary. Dla 19-latka było to pierwsze trafienie w obecnym sezonie – wcześniej zdążył za to zapisać na koncie cztery asysty.

Po czwarte – umiejętne wpisanie się w zespół nowych graczy. Sztandarowym przykładem jest Austriak Julius Ertlthaler – tak dobry w zeszłym sezonie w Tychach, a teraz bodaj jeszcze lepszy po przenosinach do Krakowa. Nie chodzi tylko o to, że strzelił gole w ostatnich dwóch spotkaniach... Tak niewiele czasu minęło, a już trudno wyobrazić sobie Wisłę bez tego piłkarza.

Po piąte – bolesne, a przez to cenne doświadczenie. Uczące, że nie można popadać w zachwyt, a czujnym trzeba być do końca. W Krakowie wielu ludzi pamięta fenomenalny start w sezonie 2009/10, gdy pod wodzą trenera Macieja Skorży Biała Gwiazda wygrała aż sześć pierwszych spotkań ligowych. A przecież tamten sezon nie skończył się idealnie - mimo świetnego początku krakowianie nie zrealizowali założonego celu, przegrywając mistrzostwo Polski z Lechem Poznań w stylu pełnym cierpienia, bo… w przedostatniej kolejce. Oczywiście – podejrzewam, że teraz drugie miejsce po sezonie przyjętoby pod Wawelem z pocałowaniem ręki, bo daje przecież awans, a awans jest najważniejszy. Niemniej – trzeba być czujnym do samego końca.

Zygmunta bije dzwon i jego ośmiu kumpli z wawelskich wież mu wtóruje. Ale wcale nie trwożliwe larum grają. W dźwięku dzwonów słychać dziś jedynie triumf i dumę.