Fantazja + wiara + perfidia = wielka miłość

CZADOBLOG - Paweł Czado

Jakież to miłe uczucie: czuć estetyczną przyjemność z oglądania meczu reprezentacji Polski z silnym rywalem. Owszem – nie ma wprawdzie pełni szczęścia, bo zabrakło zwycięstwa, ale ten mecz w Warszawie uzmysławia nam z pewnością jedno: zespół Jana Urbana demonstruje w sposób mocno przekonujący, że w meczach z teoretycznie silniejszymi rywalami nie musi ograniczać się do przeszkadzania, walki o przetrwanie czy nieśmiałych marzeń o remisie. Widziałem brak nerwowości, swobodę w rozegraniu, brak paniki i pewność w tym, co na boisku się robi.

Reprezentacja Jana Urbana - w mojej opinii – daje nam, kibicom coś więcej niż jedynie poczucie zadowolenia. Uzmysławia dobitnie co innego: na baraże o mundial możemy czekać raczej bez obaw. Oczywiście trzeba koniecznie wygrać z Maltą. Nie musimy jednak gorączkowo rozglądać się po innych grupach i nerwowo sprawdzać,kto mógłby przypaść nam w udziale. Ktokolwiek to będzie – Polska będzie, myślę, w stanie awansować.

Reprezentacja Polski przed meczem z Holandią. Od lewej w górnym rzędzie: Matty Cash, Tomasz Kędziora, Jan Ziółkowski, Jakub Kiwior, Kamil Grabara, Jakub Kamiński. Od lewej w dolnym rzędzie: Nicola Zalewski, Piotr Zieliński, Michał Skóraś, Robert Lewandowski, Sebastian Szymański. Fot. PAP/Leszek Szymański

Robi na mnie wrażenie fakt, że z Oranje, którzy grę ofensywną mają we krwi - nie znam holenderskiej wersji catenaccio - reprezentacja Polski oddała więcej strzałów (14:6), w tym więcej celnych (7:3). Te dysproporcje usprawiedliwiają ewentualną konstatację: że Holendrzy zwyczajnie mieli w Warszawie fuksa!

Czego można żałować? Że rewelacyjna passa nie została podtrzymana. Dotąd Polacy wygrywali z Holandią tylko trzykrotnie, tylko w meczach eliminacji MŚ lub ME i… tylko na Stadionie Śląskim. Tulipany najlepiej ścina się na Śląsku – ktoś o tym niestety zapomniał. Cóż, nie będę z tego powodu rwał szat, na Śląskim niezapomniane mecze z pewnością jeszcze zobaczymy.

Jeszcze jedno: ktoś powie, że Polacy stracili wielką szansę na awans bezpośredni. Cóż, taka była, ale przecież nie ma co rwać szat. Było jej w rzeczywistości tyle co w dętce roweru, który przejechałby dystans z Polski do Holandii i z powrotem. Polacy i tak starali się wypuścić to powietrze z dętki. Nie udało się, ale taki przecież jest sport. Można do tego podejść ze zrozumieniem, jeśli zabraknie jedynie szczęścia, ale nie woli czy umiejętności.

Piątek oprócz poczucia zadowolenia przyniósł coś jeszcze, coś czego w ogóle się nie spodziewałem, a stało się w trakcie meczu młodzieżówki z Włochami. Dwa momenty zapadły mi w pamięć. Pierwszy - ruleta Jana Faberskiego, po której padła bramka dla Polski. Drugi -zachowanie, już w samej końcówce Antoniego Kozubala, który już w doliczonym czasie wyjątkowo perfidnie, we włoskim stylu sprowokował  Lucę Koleosho i w efekcie Włoch wyleciał z boiska. Skórkozjad! Ktoś powie, że nie ma w tym fair play, jednak to kwestia, powiedzmy, spojrzenia. Argentyńczycy, niedościgli mistrzowie futbolu, nazywają to raczej vivezą – życiowym sprytem. Wszelką krytykę bramki Maradony w słynnym meczu z Anglią – przyjmuję ze wzruszeniem ramion i pobłażliwym uśmieszkami. Chodzi mi to, że młodzi Polacy pognębili Włochów dokładnie w sposób, w jaki Włosi wielokrotnie gnębili innych. Dlatego przypuszczam, bez pewności, że zachowanie Kozubala odebrali z uznaniem, a nie poczuciem krzywdy. Nie można mieć poczucia krzywdy po czymś takim, co pokazał Jan Faberski. Zgodzicie się ze mną?

Powodzenia w grze o awans na mundial i młodzieżowe mistrzostwa, reprezentacjo Polski!

Odblokuj publikację i korzystaj bez ograniczeń

Kupuję

Masz już dostęp? Zaloguj się