Gdy nalot przerywa mecz
Rozmowa z Maciejem Kędziorkiem, asystentem trenera Dynama Kijów
Maciej Kędziorek zdążył dobrze poznać Lecha oraz Raków, w obu pracując jako asystent. Fot. Wojciech Dobrzyński/PressFocus
- W Kijowie, życie toczy się tu na tyle normalnie, na ile to możliwe. Jest internet, prąd, światło. Dziś o 6.10 (rozmawiamy w czwartek - przyp. red.) obudziło mnie uderzenie rakiety w Pieczersko, to jest taka dzielnica Kijowa. To było 20 kilometrów ode mnie, a huk był tak duży, że się obudziłem. Wszyscy wokół zresztą podobnie. Ktoś, kto nigdy tego nie odczuł, może sobie jedynie wyobrazić jakie to jest pierd… Pociski balistyczne spadły dziś na Kijów i one mają niesamowitą siłę rażenia. Wstałem i pierwsza myśl jest taka: Oho, znowu się zaczęło… Poprzedni tydzień był taki „luźny”, że nie działo się nic, ale dużo osób mówiło, że to cisza przed burzą. Od kilku dni jest naprawdę ciężko, każda noc jest w zasadzie niepewna. Ruscy nie odpuszczają...
Ludzie traktują to już jako codzienny element krajobrazu?
- Spowszedniało to. Jakbym miał za każdym alarmem schodzić do schronu, to siedziałbym tam codziennie. Tak naprawdę nie da się do tego jednak przyzwyczaić. Ja mam różne myśli, ale im więcej człowiek się nad tym zastanawia, tak naprawdę jest gorzej. Pojawia się wtedy coraz więcej dylematów w głowie.
Największy dylemat był pewnie, czy w ogóle przyjmować to wyzwanie pracy w Dynamie…
- Cały czas mam dylemat. Na początku nawet nie byłem świadomy tego co tu się dzieje. Teraz dopiero, gdy widzę jak to wygląda od środka, tych dylematów przybywa. Dopóki czegoś nie poznamy, to tak naprawdę nie wiemy, na co się piszemy. Będąc tu w środku nie jest łatwo.
W Polsce czasami słychać, że „jaka wojna, skoro sklepy, pociągi, dyskoteki normalnie działają”.
- Zawsze wtedy zapraszam, żeby przyjechać i zobaczyć, ale wtedy każdy pęka i rezygnuje. Skoro wszystko jest takie normalne, to czemu nikt nie chce przyjechać?
Jak w tym wszystkim funkcjonuje sport? Coś co w zamyśle ma być przyjemne, fajne, a przede wszystkim ma być rozrywką.
- Ciężko mi na to na pytanie odpowiedzieć, ale wydaje mi się, że tylko narody słowiańskie są na to gotowe. My również jako Polacy już nie raz pokazywaliśmy, że jesteśmy w stanie przetrwać najgorsze nawet sytuacje. W tym charakterze chyba trzeba jedynie szukać odpowiedzi. Nie jest nas łatwo złamać i zniszczyć. Gdyby to miało miejsce w innym kręgu kulturowym, to śmiem wątpić, aby toczyły się rozgrywki. W Polsce w czasie II Wojny Światowej też odbywały się mecze. W Ukrainie ten duch narodowy jest podobny.
Jak wygląda mecz ligowy na Ukrainie?
- Procedura jest taka, że jak jest alarm bombowy, to mecz jest przerywany. Kibice, piłkarze i wszyscy na obiekcie schodzą do schronów i następuje przerwa. Potem trzeba się chwilę rozgrzać i gramy dalej. Jeden nasz mecz był trzy razy przerywany i finalnie trwał ponad cztery godziny. Kibice mogą być na meczach, ale w ograniczonej liczbie, chodzi o to, aby wszyscy zmieścili się w schronie. W przypadku Dynama to jest półtora tysiąca osób.
A transport na mecze pucharowe?
- Trzeba dojechać drogą lądową do Polski, tam odbywamy trening i kolejnego dnia lecimy na stadion do kraju, w którym jest mecz. Powrót wygląda w podobny sposób, jednym słowem całe życie w drodze.
Nie czuje się trener trochę takim męczennikiem?
- Bez przesady. Ja nie mam prawa narzekać, bo mam fajne życie, robię to, co lubię. Wiadomo, że trzeba się trochę pomęczyć. W innym kraju pewnie byłoby prościej, ale byłbym hipokrytą, gdybym narzekał. Zawsze chciałem to robić, więc zaciskam zęby i robię swoje. Inni ludzie naprawdę mają gorzej, bo mieszkańcy tutaj są już bardzo mocno doświadczeni przez wojnę. Miesiąc temu było -20 stopni i działy się naprawdę dantejskie sceny. My akurat wtedy byliśmy na obozie w Turcji, ale zawodnicy mają rodziny w Kijowie i jak mi opowiadali, w jaki sposób ludzie muszą żyć, to się łapałem za głowę. Jeden fizjoterapeuta opowiadał mi o swoich dziadkach, którzy mieszkają na 16-stym piętrze w bloku i musieli funkcjonować bez windy, prądu. Dla ludzi w wieku 70 lat już takie zejście na dół to prawdziwa wyprawa.
O mundialowych barażach na Ukrainie się rozmawia? W ewentualnym finale to może być rywal naszej reprezentacji.
- Na Ukrainie ludzie przede wszystkim żyją wojną, przetrwaniem każdego kolejnego dnia. Temat baraży raczej nie jest tu jeszcze zbyt blisko. Spotkałem się jednak z trenerem Serhijem Rebrowem, który był na naszych meczach podczas obozu. Widać, że przygotowują się do tych spotkań dość mocno. Sportowo na pewno o tym myślą już dość intensywnie, natomiast zwykli ludzie mają głowy czym innym zaprzątnięte. W czasie, gdy te meczę będą na pewno się jednak zainteresują.
Ma trener czas śledzić ekstraklasę?
- Oczywiście!
Takiego sezonu chyba jeszcze nie było. Jak trener ocenia to wszystko, co się dzieje zarówno na górze, jak i dole tabeli?
- Dla kibiców na pewno niesamowity sezon. Ta zmienność sytuacji jest niesamowita, teraz Zagłębie Lubin jest wiceliderem. Lech przed chwilą miał sporą stratę, teraz jest bardzo blisko Jagiellonii. Wisła Płock szybko zaczyna spadać. O przetasowaniach w środkowej części tabeli nawet nie mówię. Kibice się cieszą, trenerzy i włodarze klubów pewnie mniej, bo pojawia się duża presja. To banał, ale ligowa wiosna to jest naprawdę inna piłka niż ta na jesieni. Tu każdy mecz już jest o coś. Tę rundę przetrwają najbardziej odporni psychicznie, bo jak przyjdzie mecz o naprawdę dużą stawkę, to niektórym może zabraknąć pewności. Mental będzie niezwykle istotny.
A w strefie spadkowej Legia i Widzew…
- Tak, ale szczerze mówiąc bardzo cieszę się z tych ruchów, które wykonują w Widzewie, bo mam nadzieję, że za nimi pójdą kolejne zespoły, które będą ściągać coraz lepszych zawodników i płacić jeszcze lepsze pieniądze. To będzie nakręcało koniunkturę. Pod kątem organizacyjnym jako ekstraklasa naprawdę nie mamy się czego wstydzić. Trochę jeżdżę po Europie i uważam, że jesteśmy naprawdę wysoko, mamy bardzo dobre standardy. Jeśli dojdą dobre wyniki w pucharach, to ta koniunktura będzie się jeszcze bardziej nakręcać. Jeśli Raków czy Lech dojdzie do półfinału Ligi Konferencji, to coraz lepsi zawodnicy będą tu przyjeżdżać.
W niedzielę Lech gra z Rakowem. Trener pracował w obu tych klubach, więc nie nie możemy o tym nie porozmawiać. Raków, jeśli przegra w Poznaniu, o mistrzostwie będzie musiał zapomnieć. Zgodzi się trener?
- Mimo wszystko nie. Na tym etapie to jeszcze nie będzie koniec. Na pewno będzie to wtedy dla Rakowa już bardzo trudne, ale przy tak wyrównanej lidze wciąż jeszcze możliwe. Zapowiada się, że do 31. kolejki jeszcze wszystkie drużyny w lidze mogą grać o coś. Mało zespołów będzie bezpiecznych, więc każdy mecz może decydować. Jeszcze jest za wcześnie, aby coś przesądzać.
Jaki to może być mecz? Raków Marka Papszuna przeważnie z Lechem na jego terenie wygrywał, ale prawie nigdy nie jechał tam jako faworyt.
- Ostrzę sobie zęby na bardzo dobry mecz typowo piłkarsko, bo jestem pod wrażeniem tego, jak Lech atakuje środkowym sektorem, jak potrafi sobie stworzyć przewagę, grając przy tym na dużym luzie. To gra nie tylko efektywna, ale też bardzo efektowna, ogląda się to z przyjemnością. Raków od początku rundy też grał całkiem ciekawą piłkę, choć nie wygrywał. Widać, że trener Łukasz Tomczyk wprowadził trochę inne zasady. Jak to wszystko zacznie funkcjonować, to powinien to być zespół grający bardziej atrakcyjnie niż wcześniej. Raków Marka Papszuna był bardzo pragmatyczny i nastawiony na punkty. Spodziewam się fajnego, ciekawego meczu, pełnego emocji, ciekawych akcji na pełnej szybkości. Niedzielę mam już tak zaplanowaną, że planuję ten mecz obejrzeć. Staram się oglądać tyle ekstraklasy, ile tylko się da.
Łukasz Tomczyk to właściwy człowiek na właściwym miejscu w Rakowie?
- Jestem ostatnią osobą, która może oceniać takie rzeczy, poza tym jest jeszcze za wcześnie. Znam Łukasza osobiście z czasów, gdy byłem asystentem w Rakowie. On pracował wtedy w akademii i widać było, że to taki prawdziwy Medalik z krwi i kości, Częstochowianin, dla którego Raków jest czymś więcej niż tylko miejscem pracy. Do tego ma wielką etykę pracy, ciekawość nowych rozwiązań, ciągłą chęć rozwoju. Trzymam za niego kciuki. Często bywało tak, że do naszej ligi przychodzili trenerzy z zewnątrz i zachwytów nad nimi nie było końca. Pamiętam jak o trenerze Edwardzie Iordanescu mówiono, że widać od razu jego rękę, inny sposób gry, a miesiąc później go nie było. Podobnie z Maxem Moelderem w Gliwicach. Łukasz to jest mądry facet i jak wszyscy - potrzebuje czasu. Wejście w buty trenera Papszuna to nie jest łatwa sprawa.
Rozmawiamy jeszcze przed losowaniem 1/8 finału Ligi Konferencji, ale na 50 procent Lech zagra z Szachtarem Donieck. Jakie szanse daje trener mistrzom Polski w tej rywalizacji?
- Bardzo duże. Nawet założyłem się z jednym z naszych asystentów o to, że Lech przejdzie dalej w tej rywalizacji. Poznaniacy są w naprawdę dużym gazie po tym ligowym falstarcie, choć tam też wyniki były gorsze od gry. Mają świetnie zbudowaną i zbilansowaną kadrę, w zasadzie po dwóch równorzędnych zawodników na każdej pozycji. Teoretycznym faworytem mógłby wydawać się Szachtar, ale ja jestem innego zdania.
Rozmawiał Mariusz Rajek