Janie musisz!
POWRÓT DO KORZENI, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza
To już jutro pożegnamy stary rok i powitamy nowy, jak zawsze z wygórowanymi nadziejami. Nie jestem zwolennikiem subiektywnych z założenia rankingów i podsumowań, wręczania rózg lub cukierków. To zabawa dla wyrośniętych chłopców, jakim niewątpliwie są Roman Kołtoń („Prawda futbolu”) i Tomasz Hajto (wiadomo), których prywatnie całkiem lubię. Podobnie mam z zachęcaniem do czytania konkretnych książek i oglądania tego a nie innego spektaklu lub filmu, choć generalnie pęd do kultury bardzo popieram. Tak samo szanuję czytelniczkę „Trędowatej” i widza „Kevina samego w domu”, jak tych co lubują w Prouście i Von Trierze. Skoro człowiekiem roku tygodnika „Wprost” może być na zmianę postkomunista i skrajny nacjonalista, to znaczy, że wszystko się może zdarzyć, gdy głowa pełna marzeń.
Moja aż pęka od marzeń o awansie reprezentacji Polski na piłkarski Mundial za pół roku. A to zależy od pewnego bardzo fajnego trenera o imieniu Jan i jego dwudziestu rozbójników z Robertem na czele. Jan Urban nie posiada czarodziejskiej różdżki, jego piłkarska i trenerska kariera nie składała się z samych wzlotów. A jednak gość ma w sobie to coś, co sprawia, że atmosfera z napiętej staje się luźna, leniuchy zamieniają się w pracusiów, kibice idą na stadion jak na święto, a nie na pogrzeb. Ale bycie fajnym, otwartym człowiekiem samo w sobie nie wystarcza by odnieść sukces. Do tego trzeba znać się na swojej robocie, czego Urbanowi nikt nie odmówi. Kiedyś tygodnik „Polityka” epatował okładką „Tusku musisz !”, teraz proponuję tytuł „Urbanie musisz!” i chyba nie ma Polaka - nieważne z lewej czy prawej strony politycznego sporu - który to zaneguje. Wymarzony awans rozwiązałby kilka spraw naraz: uspokoił atmosferę wokół Kuleszowego PZPN, otworzył sponsorskie portfele, zapełnił samoloty za Ocean w czerwcu, spełnił marzenie Roberta Lewandowskiego o zejściu ze sceny niepokonanym, zbliżył do siebie dwóch najważniejszych ludzi w Polsce Karola Nawrockiego i Donalda Tuska,
wszak obaj kibicują nie tylko Lechii Gdańsk, a przede wszystkim Biało-czerwonym.
Pod choinkę właściciel Pogoni Szczecin Alex Haditaghi zafundował klubowej legendzie Kamilowi Grosickiemu popękaną bombkę przypominająca wielkanocne jajeczko częściowo nieświeże. Ujawnił precyzyjnie jego zarobki i żądania podwyżek z gigantyczną premią za podpis włącznie. Wielu fanów i sam „Grosik” zapałali świętym oburzeniem. Czy słusznie? W USA nikt nie zwróciłby uwagi na powtórzenie powszechnie znanych informacji. W Polsce słowa krewkiego Kanadyjczyka irańskiego pochodzenia, wziętego biznesmena w branży nieruchomości, komentowano długo. Zarobki gwiazd NBA, NHL czy NFL są powszechnie znane, nie budzą zazdrości, a podziw. Ale między Odrą a Wisłą zaglądanie do cudzej kieszeni to utrwalony obyczaj. Tyle się u nas zmieniło na lepsze, a ta chorobliwa zawiść ma się w najlepsze. Każdy wart jest tyle ile ktoś chce za niego i jemu zapłacić. Piłkarzowi, muzykowi, aktorowi, striptizerce, pisarzowi. Każdemu. Pieniądze lubią ciszę, niech zatem Grosik z kolegami wypełnią klubową gablotę jakimś trofeum a nikt mu już nie będzie wypominał zer na koncie.
Ukazał się kolejny rocznik piłkarski wydawnictwa GiA, pozycja na rynku kultowa. Autorzy zarzekają się, że to już ostatni raz... Prawa rynku są bezlitosne, czytelnictwo książek i gazet papierowych spada, przynajmniej w Polsce. To smutne, że ludzie potrzebują coraz mniej wiedzy, a coraz więcej dóbr materialnych. Zdania robią się krótsze, książki cieńsze, gazety pstrokacieją od reklam. Osłupiałem, gdy moja wnuczka pochwaliła się przeczytaniem całej „Lalki” Prusa pokazując na dowód wolumin 40-stronicowy. To był bryk czyli streszczenie, prawdziwa powieść liczy sobie 680 stron. Trudno, takie czasy. Jednak wydawnictwo encyklopedyczne jakim jest rocznik GiA rządzi się innymi prawami, bez drogi na skróty. Nie da się przykroić statystyk do jednej połowy meczu czy składu z bramkarzem i napastnikiem tylko. Andrzej Gowarzewski był wybitnym redaktorem i wydawcą. Pasjonatem w dobrym i złym tego słowa znaczeniu. Jego dzieła świadczą o wielkości, ale pamięć żyjących obok niego o kapryśności, fochach i manii wielkości. Zjadłem z Andrzejem beczkę soli, mam prawo pokazać Go z ułomnościami, które ma każdy z nas. 73 tomy to perełki literatury sportowej, mają jednak moim zdaniem feler doraźnego interesu autora. Uzupełniające część statystyczną komentarze często wynikały z osobistych urazów i fobii. Był Gowarzewski człowiekiem władczym, apodyktycznym, nie znosił sprzeciwu. Jego asertywność - bywało - krzywdziła innych ludzi. Zupełnie niepotrzebnie został obrażony równie wybitny historyk polskiego futbolu, Stefan Szczepłek. A przecież gdzie tenorów trzech, tam pieśń brzmi lepiej. Oczywiście całym sercem jestem za kontynuowaniem dzieła GiA, apeluję do PZPN, związków wojewódzkich, klubów, bibliotek, organizacji kibicowskich, by kupowali rocznik 2025. Umożliwi to rozpoczęcie prac nad kolejnym. Bo łatwo coś zlikwidować, trudniej odbudować.
W ramach świątecznego lenistwa obejrzałem film „Kilerów 2-óch” z brawurową rolą Cezarego Pazury, aktora wybitnego, zdecydowanie niedocenianego jak Lesław Ćmikiewicz, Zygmunt Maszczyk czy Bronisław Bula w reprezentacji Polski. Czarek Pazura i jego równie utalentowany brat Radek to także sprawni sportowcy. Są interdyscyplinarni, nieobca im piłka nożna, koszykówka, szermierka, pięściarstwo, gimnastyka, biegi krótkie i dłuższe. Oprócz dwóch Kilerów znam też dwóch Zibich. Pierwszy to oczywiście Zbigniew Boniek, osobowość wypisz wymaluj jak Andrzej Gowarzewski. Wybitny, charyzmatyczny, ale też kapryśny i wyniosły. „Rozchodzi się o to, żeby plusy nie przesłoniły Wam minusów - przemawiał prezes Ryszard Ochódzki do zawodników klubu Tęcza. Drugi znany mi Zibi to ksiądz Zbigniew Czendlik, polski duchowny w Lanśkroun na Morawach. Świetny hokeista, tenisista i golfista w wolnych chwilach. W zateizowanych Czechach wypełnia kościół tłumami wiernych, gdyż zwraca się do nich ludzkim językiem, jest jednym z nas. Oryginał jakich mało, dlatego Prymas Czech twierdzi, że jednego Czendlika ichni kościól wytrzyma, ale dwóch to już byłoby za wiele. Ten boski Zibi pochodzi z Ziemi Cieszyńskiej, ukończył Seminarium Duchowne w Katowicach, pewnie dlatego jest tak rozumny.
Do Siego Roku, Drodzy Czytelnicy „Sportu”! Trzymajmy się razem w dobrych i złych chwilach, bo takie będą zawsze. A po awansie polskich piłkarzy na Mundial obiecuję zatańczyć solo na katowickim Rynku!
Jan Urban jest fajnym, otwartym człowiekiem i zna się na swojej robocie. Fot. Paweł Andrachiewicz/PressFocus.pl