Katowicki przystanek mistrzów

Olimpijski blask na powojennych zgliszczach. Nieznany epizod śląskiego basketu.

Marzec 1939, reprezentanci Polski i Niemiec po meczu w Warszawie. Polacy w ciemnych strojach, Filipkiewicz stoi pierwszy od lewej, a Pluciński trzeci od lewej. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

HISTORIA ŚLĄSKIEGO BASKETU

Tuż po zakończeniu II wojny światowej śląska koszykówka przeżyła niezwykłe kilka miesięcy. To mało znany, a fascynujący rozdział w historii lokalnego sportu: w zrujnowanym kraju grupa czołowych polskich koszykarzy – w tym przedwojenni kadrowicze i olimpijczycy – znalazła bezpieczną przystań właśnie w Katowicach.

„UWAGA ZWOLENNICY GIER SPORTOWYCH!” – elektryzował komunikat na łamach „Gazety Robotniczej” ze środy, 6 czerwca 1945 roku. Zapowiadano w nim pierwsze powojenne starcie siatkarzy i koszykarzy Sosnowca z Pogonią Katowice. Sensację budziła informacja, że w barwach Katowiczan wystąpi aż trzech olimpijczyków. Zaledwie miesiąc po kapitulacji III Rzeszy brzmiało to jak kaczka dziennikarska. Skąd w niedawno oswobodzonych Katowicach miałyby się wziąć gwiazdy światowego formatu?

Teatr jednego aktora

Nadchodzące turnieje potwierdziły jednak te rewelacje. Do Pogoni dołączyli m.in. Zdzisław Filipkiewicz i Andrzej Pluciński – filary reprezentacji Polski, która na igrzyskach w Berlinie (1936) wywalczyła wysokie, czwarte miejsce.

Wielki turniej na boisku Pogoni stał się manifestacją siły śląskiego sportu, gromadząc rekordową liczbę siedmiu drużyn i ostatecznie przerywając powojenny „sen zimowy” dyscypliny. „W spotkaniu finałowym wspaniała drużyna Pogoni, w której szeregach widzimy czterech olimpijczyków, wygrała lekko, grając tylko na pół tempa z RKS-em z Grodźca 60:26” – donosił reporter „Gazety Robotniczej”. Choć dziennik pisał o czterech olimpijczykach, formalnie status ten posiadali tylko Filipkiewicz i Pluciński. Pozostali – Ludwik Kaźmierski i Florian Rospendowski – byli jednak graczami o niewiele mniejszym formacie. Ten pierwszy już rok później bił się o skład na mistrzostwa Europy w Genewie, a Rospendowski jeszcze przed wojną był w kręgu zainteresowania kadry.

Praca, huta i karty aprowizacyjne

Obecność elity basketu na Śląsku nie była dziełem przypadku. Podczas gdy Warszawa leżała w gruzach, a Poznań i Kraków borykały się z głodem, Katowice dysponowały działającą infrastrukturą. Sportowcy – często wykształceni inżynierowie czy urzędnicy – znajdowali tu realne zatrudnienie w kopalniach i hutach. Praca dawała nie tylko dach nad głową, ale i bezcenne w tamtym czasie karty aprowizacyjne. Dodatkowym magnesem była renoma Pogoni, przedwojennej potęgi regionu.

– To bardzo prawdopodobne, że właśnie praca przyciągnęła ich na Śląsk – wspomina Ludwik Miętta-Mikołajewicz, legenda Wisły Kraków. – Poznałem Filipkiewicza, gdy po epizodzie w Katowicach wrócił do Krakowa. Znałem też Rospendowskiego. O Plucińskim słyszałem, choć nie wiedziałem, że po wojnie był w Polsce. Ale w tamtych czasach wszystko było możliwe.

Od Berlina przez Monte Cassino do Katowic

Historia obu liderów Pogoni to gotowy scenariusz na film. Przed wojną byli kluczowymi postaciami ekipy trenera Walentego Kłyszejki – w Berlinie Pluciński rozegrał sześć meczów, a Filipkiewicz pięć. Pluciński, genialne dziecko Cracovii, debiutował w wielkim sporcie już jako 15-latek, odnosząc sukcesy także w piłce ręcznej.

Wojna brutalnie rozdzieliła ich losy. Filipkiewicz spędził okupację w Krakowie, ryzykując życie w konspiracyjnych turniejach (m.in. w barwach Cracovii u boku Plucińskiego w 1940 r.). Ten drugi wybrał jednak drogę żołnierza. Jako strzelec karpacki w 2. Korpusie Polskim generała Władysława Andersa przeszedł szlak bojowy, by po demobilizacji – w co dziś trudno uwierzyć – trafić na katowickie boisko.

Krótki sen o potędze

Katowicki „dream team” nie przetrwał próby czasu. Pluciński, widząc narastający terror nowej władzy, zdecydował się na ponowną emigrację i wyjazd na Zachód. Zginął tragicznie w wypadku samochodowym w Londynie w wieku zaledwie 48 lat; spoczywa w Cambridge. NatomiastFilipkiewicz wiosną 1946 roku rozwiązał umowę i wrócił do ukochanego Krakowa, gdzie do śmierci w 1983 roku pozostał aktywnym działaczem Cracovii.

Dla kibiców basketu na Śląsku te kilka miesięcy 1945 roku były jednak darem od losu. Zobaczyli koszykówkę, której wcześniej tu nie było i na którą potem jeszcze długo trzeba było czekać…

Piotr Płatek

Odblokuj publikację i korzystaj bez ograniczeń

Kupuję

Masz już dostęp? Zaloguj się