Kolumbijczycy bez piłki żyć nie umieją
Rozmowa z Mayerem Javierem Zambrano, kolumbijskim piłkarzem trzecioligowej Sparty Katowice
Czy Luis Diaz poprowadzi Kolumbijczyków do strefy medalowej MŚ, jak to się marzy Mayerowi Zambrano (na małym zdjęciu)? Fot. /SIPA USA/PressFocus
Kolumbia na mundial awansowała z trzeciego miejsca w strefie południowoamerykańskiej. Wygraliście i z Argentyną, i z Brazylią. Był pan tym zaskoczony?
– Nie. Zawsze miałem przekonanie, że w południowoamerykańskiej piłce mamy bardzo podobny potencjał do tych dwóch wielkich futbolowych nacji.
Kiedy Kolumbijczycy żegnali swoich chłopaków lecących na mistrzostwa, jakie były oczekiwania?
– O zdobyciu mistrzostwa pewnie nikt nie myślał. Natomiast kiedy zobaczyliśmy formę prezentowaną przez drużynę na turnieju, pewnie niejeden z nas pomyślał sobie, że naprawdę możemy zajść wysoko. Półfinał? Może finał?
To prawda, że wygraliście naprawdę trudną grupę, wyprzedzając choćby Portugalię. Spodziewał się pan tego?
– Tak! Wierzę w zawodników mojej drużyny. Mamy Luisa Diaza, autentyczną gwiazdę, ale i kilku innych świetnych zawodników, jesteśmy zespołem na dobrym poziomie. Wcale nie ustępujemy Portugalii, Niemcom czy Hiszpanii. Z tymi dwoma ostatnimi rywalami całkiem niedawno wygrywaliśmy.
Wymienił pan Luisa Diaza. To jeden z pańskich ulubieńców, idoli?
– Oczywiście. Tym bardziej że byłem z nim kiedyś w jednym klubie. Fantastyczny jest też w tym turnieju James Rodriguez, który jakby urodził się na nowo na tych mistrzostwach! To fantastyczny piłkarz, jest w znakomitej formie.
Zaraz, zaraz: dobrze usłyszałem, że był pan w klubie z Luisem Diazem, facetem wartym dziś 70 mln euro?!
– Tak, to był Junior FC Barranquilla. Zresztą jego piłkarzem w tamtym czasie był też środkowy obrońca Willer Ditta. Możecie nie uwierzyć, ale kontakt z Luisem mam do dziś. Zapraszał mnie nawet do Monachium.
Mówi się, że w Brazylii piłka nożna jest religią. Dla Kolumbijczyków jest równie ważna w życiu?
– Tak. Jesteśmy podobni do Brazylii. Może bym nawet powiedział, że i dla nas to religia.
Ludzie wychodzą świętować wygrane mecze na ulice?
– Czasem nie tylko po wygranych. Lubimy się bawić, więc imprezy na ulicy mogą być po... każdym meczu. Wygraliśmy, przegraliśmy, nie ma to znaczenia. To po prostu kolumbijska piłkarska impreza.
A gdzie pan ogląda mecze Kolumbijczyków? Ze znajomymi w pubie?
– Do tej pory w domu, bo spotkania są przecież zwykle w środku nocy. Ale na to najbliższe, z Ghaną, umówiłem się już z moim kolumbijskim kolegą, Diego, który mieszka w Bytomiu.Też gra w piłkę?
– Amatorsko. Wychodzi sobie pokopać, bo Kolumbijczycy bez piłki żyć nie umieją.
Dobra, wywołał pan temat Ghany. W grupie graliście z Kongijczykami. To może być plus, że przetarliście się z piłką z czarnej Afryki?
– Afrykański futbol jest trudny: bardzo fizyczny, bardzo agresywny, może trochę mniej taktyczny, więc to była dobra próba. I coś czuję, że Kolumbia wygra. Szkoda byłoby nie wykorzystać szansy, skoro w następnej rundzie czekać na nas będzie Szwajcaria albo Algieria.
Słyszę, że faktycznie pan w ten półfinał celuje...
– A czemu nie? Skoro są na tych mistrzostwach takie niespodzianki jak drużyna Cabo Verde... Zresztą z niecierpliwością czekam na jej mecz z Argentyną, bo to przecież Argentyńczycy mogą być ewentualnym naszym rywalem w ćwierćfinale. A wygrywaliśmy z nimi, jak już powiedziałem.
Wasz trener, Nestor Lorenzo, jako Argentyńczyk miałby dodatkową motywację. Jak pan go ocenia?
– Facet z dużą wiedzą psychologiczną, z charyzmą. Stara się być przyjacielem dla zawodników. Myślę, że bardzo wiele wyniósł z tych lat, kiedy był asystentem – w reprezentacji Argentyny, a potem u nas – swego mentora, Jose Pekermana.
Rozmawiał Dariusz Leśnikowski
NIE PRZEGAP!sobota, 3.30 - TVP 2, TVP Sport