Koncert w barwach niebiesko-żółtych
Wśród aż czterech medalistek konkursu skoku wzwyż zabrakło miejsca dla Marii Żodzik. - To nie przez emocje, rozsypała mi się technika - tak dopiero piąte miejsce tłumaczyła wicemistrzyni świata z Tokio.
To nie tak miało być... - Maria Żodzik po trzeciej zrzutce na 1,96 m. Fot. Michał Laudy/PressFocus
Tomasz Mucha z Torunia
Konkurs skoczkiń wzwyż był pierwszym finałem trzydniowego czempionatu w Toruniu - i od razu pierwszą medalową szansą dla 32-osobowej reprezentacji Polski. Kibice mieli nadzieję, że Maria Żodzik nawiąże do wspaniałej tradycji i złota Kamili Lićwinko podczas poprzednich HMŚ w Polsce, w Sopocie w 2014 roku.
Jednak historia nie lubi się powtarzać. częściej niż lubi.
Urodzona na Białorusi reprezentantka Polski zajmowała trzecią pozycję na tegorocznych listach z wynikiem 1,98, ale wicemistrzyni świata ze stadionu w Tokio start się nie udał. 26-letnia zawodniczka Podlasia Białystok dobrze radziła sobie na pierwszych trzech wysokościach - do 1,93 zaliczała je w pierwszych podejściach.
Głębokie westchnienia
Ale hamulec oczekiwań Żodzik zaciągnęła bardzo szybko. Poprzeczka wyższa o 3 centymetry za każdą z trzech prób spadała z coraz większym hukiem, a to oznaczało głębokie westchnienia polskich kibiców (niestety nie wypełnili w południe toruńskiej hali), koniec konkursu i „tylko” piąta pozycję.
- Piąte miejsce jest niezłe, ale jestem zła, bo rozsypała mi się technika - komentowała Polka. - Po prostu to zły występ. Na początku szło dobrze, a potem pogubiłam się na rozbiegu. Znów wrócił ten stary rozbieg z początku sezonu i nic nie mogłam na bieżąco poprawić. Próbowałam coś skorygować, ale w finale mistrzostw świata, w emocjach, nie udało się tego zrobić. Problem nie był jednak z emocjami, problem był techniczny. Wszyscy starają się na rozbiegu mocniej rozpędzić, a ja staram się zwolnić, bo biegam za szybko - podkreśliła wicemistrzyni świata z Tokio.
Aż trzy srebra!
Konkurs rozgrywany był w barwach niebiesko-żółtych - takie było zestawienie kolorystyczne bieżni i materaca, na które spadały zawodniczki, taka jest flaga Ukrainy, którą okryły się złota i srebrna medalistka, w takich kolorach pomalowane były wreszcie powieki niekwestionowanej mistrzyni Jarosławy Mahuczich.
Rekordzistka świata (2,10 w zeszłym roku) była poza konkurencją - jako jedyna przeskoczyła 2 metry, dokładnie 2,01. Za jej plecami rozgrywała się dziwna rywalizacja: najpierw druga Ukrainka Julia Lewczenko oraz Serbka Angelina Topić i broniąca tytułu Australijka Nicola Olyslagers w pierwszych próbach pokonały 1,99, a następnie wszystkie trzy zgodnie strącały seryjnie 2,01 - w rezultacie przyznano aż trzy srebrne medale!
Mahuczich bez powodzenia próbowała trzykrotnie pokonać 2,06, ale widać było, że koncentracja już opadła.
Złoto dla walczącego kraju
Lekkoatletów z Ukrainy przyjechało do Polski zaledwie pięcioro. Ich najważniejszy start był pierwszym finałem mistrzostw. Ukrainki wykorzystały go na 110 procent i cierpliwie odpowiadały na pytania od dziennikarzy z całego świata. Przypominały, że na Ukrainie trwa wywołana przez Rosję wojna i giną ludzie.
- Chciałam złota dla naszego kraju i to zrobiłam. Zawsze staram się pokazywać na zawodach, że jestem Ukrainką, dlatego właśnie akcentuję nasze barwy. Wspieram nasz kraj, jak mogę - powiedziała złota medalistka. - Bardzo cieszą dwa medale dla naszego kraju. Jarosława jest mistrzynią i naszą bohaterką - stwierdziła z kolei srebrna Lewczenko.