Kto bogatemu zabroni...

MUCHA NIE SIADA - felieton Tomasza Muchy

Podpisując pakt z diabłem, musisz zakładać, że Belzebub wystawi kiedyś rachunek. Taki los piłkarskiego trenera w Polsce – podpisując cyrograf z klubem, zezwalasz na wygnanie w trybie „natychmiast”, czyli, że nie znasz dnia ani godziny. Oczywiście, łykasz ten pozornie niewielki dyskomfort, raz w miesiącu kasując sumkę kilkakrotnie przekraczającą średnią krajową, a jak cię już rogaty pogoni, to i tak zazwyczaj zgarniasz resztę, za którą przezimujesz kilka następnych miesięcy na hamaku, wyglądając kolejnego Mefisto...

Ale romans Łukasza Tomczyka z Rakowem prawdopodobnie od zarania skazany był na szybki rozwód, co dzieje się zazwyczaj, gdy jedno z kochanków nie ma zaufania do drugiego lub traktuje go z góry – i nie wiadomo co gorsze.

Gdy zimą Medaliki sięgały po chwalonego z każdej strony obiecującego szkoleniowca, miały mu zaoferować... mniej niż ten miał u beniaminka pierwszej ligi. Nie oznacza to, że w Bytomiu tacy milionerzy, wręcz przeciwnie – prezydent Wołosz stoi twardo na straży budżetu Polonii, nie pozwalając przesuwać ani przecinka dalej niż uzgodniono pół roku wcześniej.

Dopowiedzmy więc i  niech to będzie jasne – Tomczyk, nie pchając się wcale, dostał ofertę lukratywną wspak, zarobkowania ładnych kilka razy mniej niż poprzednik na identycznym stołku. I nawet pamiętając, że owym poprzednikiem był „papież”, który zastał Raków drewniany, a zostawił murowany i odleciał helikopterem, taki lizak na zachętę musiał wyglądać jak utaplany w szambie i posypany żwirem. Smacznego.

Zniewaga? Tupet? Niedobór szacunku? Czy może jednak – dopuszczam nadzwyczajne złagodzenie osądu – figlarna technika negocjacyjna...? Nawet adwokat diabła by tej ostatniej nie obronił, ale wiadomo – najniżej zwykle ceni się wychowanków, ich można emocjonalnie „przerobić”, wszak oni za umiłowany klub oddadzą ostatnią skarpetę...

W kinach wyświetlają właśnie „Diabeł ubiera się u Prady 2”, gdzie Meryl Streep wciela się w bezwzględną szefową magazynu mody – wzorowaną na słynnej naczelnej „Vogue'a” Annie Wintour – swoich pracowników mając za zero. Niby nie u nas, niby nie ten sam świat, niby już nie dzisiaj. Bo ja wiem...

Pewnie zdarzyło się wam, Drodzy Czytelnicy, choć raz zabłąkać się do jakiejś szacownej firmy X i po nakreśleniu waszych zadań, dusicie w końcu w rewanżu sakramentalne „za ile?”. I wtedy słyszycie tę żałosną tyradę, jaką wspaniałą szansą dla waszego osobistego rozwoju jest praca właśnie dla tejże X, jaki to zaszczyt was kopnął, więc tu, o, proszę bardzo, oczywiście! Wcale nie za darmo (zapowiada się świetnie!), więc specjalnie mamy dla pana wysoką stawkę minimalną (wow!), a potem się zobaczy (no żesz ku...a!)...

Zakładam, że słysząc podobne dictum, Tomczyk mógł poczuć nagłe olśnienie wdzięczności, więc rąbnął słuchawką. Jednak znów odebrał, ale nie mógł to być dobry start dla tego mariażu. Trener szybko stanął pod pręgierzem – ledwie po miesiącu miał zdobywać nie tylko boiska krajowe, ale i europejskie. Wiodło mu się średnio, ale w końcu dotarł do finału na Narodowym i nawet – bez względu na drugomajową padlinę – zachował szanse na puchary. Między bajki można też włożyć opowieści, jak to bał się szatni i zasiadających w niej częstochowskich bożków – Brunesów, Lopezów czy Arseniciów. Że niby Tomczyk, dziecko domu dziecka?! Wolne żarty... Jasne, co innego prowadzić piłkarzy na pograniczu lig drugiej i pierwszej, a co innego rozkapryszonych gwiazdorów spod ciemnej góry; dlatego widok przybitego szkoleniowca kroczącego na Narodowym samotnie w stronę sektora częstochowskich fanów był na swój sposób przejmujący – był to bowiem obraz przegranego wodza, którego zawiedli tchórzliwi żołnierze.

Właściciel Rakowa szybko odczytał to jako wyraz bezradności – bezzasadnie. Michała Świerczewskiego trzeba podziwiać za to, jak z prowincjonalnego klubiku zbudował najlepszy zespół w Polsce; jest jednym z nielicznych „prywaciarzy”, który ma pełne prawo przypisać sobie autentyczny sukces w rodzimym futbolu, ale zdaje się, że nos go już zawodzi, podwładnym nie ufa, plany dyktują mu emocje spuszczone ze smyczy, a ego ze swoim ciałem nie mieszczą się już w windzie. Ze sprawnie funkcjonującej jednej maszyny (którą pośrednio zepsuł) wyciągnął Postać, niby wziął ją do swojej firmy  na długi dystans, po czym przeżuł i wypluł po okresie próbnym. No bo kto bogatemu zabroni?

Odblokuj publikację i korzystaj bez ograniczeń

Kupuję

Masz już dostęp? Zaloguj się