Lepsze jest wrogiem dobrego
POWRÓT DO KORZENI, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza
Nigdy nie byłem mocny w ogarnianiu skoków narciarskich, choć - jak większość Polaków - z zapartym tchem śledziłem je w zimowe dni na telewizyjnym ekranie. Wiedziałem tyle, że kto skoczył najdalej i nie upadł przy lądowaniu, ten wygrywał. Dziś jest pomieszanie z poplątaniem, a już ostatnie pomysły dziwnych panów z FIS to istne szaleństwo. Suwanie belką startową w górę i w dół jak suwakiem logarytmicznym odbiera przyjemność oglądania. Branie pod uwagę podmuchów wiatru jeszcze jestem w stanie zrozumieć, ale wariacje na ruchomą belkę i czerwone światełko wykraczają poza mój horyzont tolerancji.
Sędziowałem kiedyś gościnnie mecz niższej ligi w podgórskiej wiosce, w której spędzałem wakacje. Jedna bramka była usytuowana dobre dwa metry wyżej niż przeciwna. Wiadomo, łąki w górach bywają strome. Obowiązywała zasada, że jeśli do przerwy ci grający z górki nie strzelą kilku bramek, to po pauzie polegną, bo rywal będzie miał łatwiej. Zgodnie z logiką narciarskich działaczy tym grającym pod górę i pod wiatr powinno się dodawać po kilka goli za grę w trudnych warunkach.
Zabawne zdarzenie z tej kategorii przeżyłem też jako kierownik koszykarskiej drużyny Polonii Warszawa. Graliśmy mecz fazy wstępnej Pucharu Polski - wtedy mało liczących się rozgrywek - w Piotrkowie Trybunalskim. My - ligowi mocarze, oni - drugoligowy średniak, faworyt był oczywisty, a jednak do przerwy ciężko to szło, nic naszym nie wpadało do kosza. Okazało się, że jeden z opuszczanych spod sufitu koszy był zawieszony wyżej niż drugi, ktoś z obsługi - świadomie lub nie - źle pokręcił korbą. Nie pożaliłem się komisarzowi meczu, nie kazałem opuszczać kosza jak narciarze belkę. Mocna drużyna z kapitanem Bilem Nowakiem na czele dała sobie radę. Dziś może dostalibyśmy dodatkowe punkty jak na amatorskich turniejach tenisa stołowego na wczasach, gdy faworyt dawał fory słabszemu i zaczynał grę od minus 10, by były jakieś emocje. Narciarskim notablom przypominam starą maksymę w myśl której lepsze jest wrogiem dobrego.
Telewizyjni celebryci to fajny obiekt żartów. Sprowadzony do parteru przez dziennikarza sportowego guru niektórych elit Kuba Wojewódzki okazuje się żałosnym mizoginem, cienkim Bolkiem z piosenki Franka Kimono. Inna - przepraszam za wyrażenie - influencerka specjalizująca się w branży fitness relacjonowała swoją wyprawę po... Morzu Śródziemnomorskim. Naprawdę tak powiedziała i to w telewizji pokazującej całą prawdę przez całą dobę. Śródziemnomorski może być klimat czy region, ale morze jest Śródziemne.
Często ludzi z deficytami intelektualnymi przedstawia się jako dziennikarzy, deprecjonując w ten sposób rangę naszego zawodu. Chodzi o tych, którzy publikują w niszowych portalach klubowych czy środowiskowych. Na przykład szerzej dotychczas nieznany Marcin Bodziachowski (zapamiętajmy to nazwisko, bo na pewno nie powiedział jeszcze ostatniego słowa) w wywiadzie dla prestiżowego portalu „Weszło" stwierdził, że Polonia jest klubem niepotrzebnym w stolicy i najlepiej go zlikwidować. Nie lubię dworować sobie z nazwiska, ale ubawiłem się, gdy w reakcji na ten głupi wpis oburzony czytelnik zapytał, czy przodkiem pana Bodziachowskiego nie był ruski generał Bordziłowski, niegdysiejszy prezes Legii, co jest pewną skazą na honorze tego bardzo ważnego dla polskiego sportu klubu. Otóż Polonia jest potrzebna Warszawie tak jak Warta Poznaniowi, Rekord Bielsku-Białej, Rozwój Katowicom, Szombierki Bytomiowi, Ślęza Wrocławiowi, Warmia Olsztynowi, Sygnał Lublinowi, itd.
Czy polscy konserwatorzy muraw piłkarskich, zgodnie z modą na zaśmiecanie polszczyzny zwani greenkeeperami, jeszcze śpią snem zimowym? Dużo na to wskazuje, skoro w wielu ligowych ośrodkach murawa jest nierówna i ma barwę błota. Dlaczego w maleńkiej Niecieczy można, a w dużych miastach już nie? Trochę wstyd gdy włoskie media po meczu Rakowa z Fiorentiną więcej pisały o fatalnym boisku niż o spotkaniu. Większość muraw sprowadzamy z Węgier zamiast hodować je w kraju, jak pomidory czy ogórki.
Znam madziarską krainę dość dobrze, bardziej kojarzy mi się z wyschniętą pusztą niż z zielonymi łąkami. Tam pasą się włochate świnki - mangaliki, z których robi się świetne wędliny. Politycy po obu stronach (chyba bardziej jednak po węgierskiej) sprawili, że odwieczna przyjaźń polsko-węgierska zatrzęsła się w posadach. To minie, zwykli ludzie mają więcej rozumu niż to się politykom i będącym na ich pasku mediom wydaje.
Ęljen a lengyel-magyar baratsag, Polak-Węgier dwa bratanki, co wiadomo od wieków. W czasie drugiej wojny światowej będące w formalnym sojuszu z Hitlerem Węgry dały schronienie tysiącom polskich uciekinierów w Balatonboglar, a rząd w Budapeszcie odmówił udostępnienia torów dla niemieckich transportów ze sprzętem wojskowym do ataku na Polskę, takie są fakty. Przyjaźń kwitła także w sporcie, choćby w 1956 roku, gdy nasi sportowcy masowo oddawali krew, by pomóc rannym powstańcom w bohatersko broniącym się przed Sowietami Budapeszcie.
Tuż po wprowadzeniu przez generała Jaruzelskiego stanu wojennego w Polsce nadeszło zaproszenie dla koszykarskiej reprezentacji na turniej w Debreczynie. „Nie ma mowy, granica zamknięta, paszporty zdeponowane" - przekazała władza. Ale nie z nami takie numery! Legendarny koszykarz reprezentacji Polski, pułkownik wojska Andrzej Pstrokoński, wymyślił, że pojedziemy jako... wojskowa reprezentacja Mazowsza, choć nigdy taka nie istniała. Przyodziano nas (byłem kierownikiem drużyny) w zielone mundury, które natychmiast po przekroczeniu granicy rzuciliśmy w kąt kolejowego wagonu. Ubawieni Węgrzy zorganizowali dla nas bankiet powitalny z palinką i gulaszem, a turniej oczywiście wygraliśmy bez żadnego żołnierza w składzie.
Dziś mecz Szwecja - Polska o być albo nie być na mundialu. Niestety wspaniali polscy obrońcy Żmuda, Gorgoń, Anczok i Szymanowski już nie grają, ale wierzę, że nasza defensywa wyczerpała już limit błędów w meczu z Albanią, a Lewandowski z Pietuszewskim strzelą po bramce, co powinno wystarczyć. Może to przypomni dumnym i rzekomo pacyfistycznym Szwedom, że nagrabili w Polsce więcej niż Niemcy z Ruskimi pospołu. Za Potop, za skradzione dobra i gwałcone białogłowy pokażmy im, gdzie raki zimują. To oczywiście z przymrużeniem oka piszę, bo potomków krwawych żołdaków króla Karola X Gustawa na pewno w szwedzkich barwach nie zobaczymy. Tak czy inaczej, miliony Polaków za Wielką Wodą bardzo na Biało-czerwonych czekają, a my tu między Bugiem i Odrą, Tatrami i Bałtykiem ściskamy mocno kciuki. Tak jak za najlepszych czasów wyludnią się dzisiejszego wieczora ulice polskich miast; oby po meczu słychać było radosny gwar.