Posąg gapi się na futbolówkę
Ten moment, gdy podczas meczu miejscowych drużyn jeden z kibiców na jedynym stadioniku Wyspy Wielkanocnej mówi ci z zaaferowaniem, że bramkę zdobył właśnie jej gubernator...
Moai na Wyspie Wielkanocnej. Fot. Paweł Czado
Paweł Czado, Hanga Roa
korespondencja z Wyspy Wielkanocnej
Nie ma lepszego momentu, by opowiedzieć futbolową historię Rapa Nui. To jedno z najbardziej odizolowanych miejsc na świecie zostało odkryte przez holenderskiego żeglarza Jacoba Roggeveena w Niedzielę Wielkanocną, 5 kwietnia 1722 roku; stąd jej nazwa. Futbol dotarł na nią znacznie później, ale i tam jest dziś obecny. Przekonałem się o tym na własnej skórze. Atmosfera na wyspie jest swojska, można przekonać się o tym już na lotnisku. Terminal ma w części słomiany dach, a między pasażerami spacerują.... kury.
Gol przedstawiciela rządu
Wyspa kojarzy się głównie z moai – tajemniczymi, kamiennymi posągami (patrz – ramka). Jeden z tych posągów ma uprzywilejowaną pozycję wobec innych, może oglądać mecze na stadionie położonym w Hanga Roa, jedynym miasteczku i, siłą rzeczy, stolicy wyspy. Piłka nożna ma tu specyficzną pozycję. Trudno mówić o wielkim wyczynie, ale zdarza się, incydentalnie, że i tu pojawia się wielki futbol. Mały jest tu bez przerwy.
Zetknąłem się z nim, spacerując wieczorem po stolicy, o godzinie 21.30 (w dzień słońce praży jak cholera). Snop świateł przyciągnął mnie na stadionik, zresztą Hanga Roa jest tak mała, że nie dałoby się go ominąć. Okazało się, że trafiłem na sparingowy mecz dwóch miejscowych drużyn – Moeroa grała z Matatoa. Mecz wzbudził umiarkowane zainteresowanie. Na stadioniku, którego trybuny to trzy betonowe rzędy bez krzesełek, nie było kiboli, nie było też zorganizowanego dopingu. Na trybunach pojawiło się 24 kibiców, którzy dołączyli do trzech śpiących już tam wcześniej psów. Mecz toczył się na sztucznej nawierzchni, nie było zadęcia. Brakowało chorągiewek narożnych, nie wszyscy piłkarze dysponowali tymi samymi odcieniami koszulek, jednak nikomu to nie przeszkadzało. Pierwszy raz widziałem zawodnika w koszulce z numerem 08. Usiadłem obok kibica żywo zainteresowanego przebiegiem meczu. – O! Widzi pan tamtego zawodnika z numerem 21 na zielonej koszulce, który gra jako napastnik? To Sergio Tepano, przedstawiciel rządu chilijskiego na wyspę – mówi z zaaferowaniem Oscar Valenzuela, pracujący jako policjant, ale mecze tutaj nie potrzebują jego ochrony. Przyszedł na stadion, bo lubi piłkę.
W przerwie piłkarze nie schodzą do szatni, zasiadają ze śmiechem na trybunach, dyskutują o meczu. Podchodzimy. Gubernator Tepano, zresztą autochton, jest z siebie dumny. – Widzieliście, jaką bramkę strzeliłem na 1:0? – pyta, dumnie wypinając klatę. Jest bezpośredni, serdeczny, uśmiechnięty, inaczej wyobrażałem sobie gubernatorów.
To pierwszy gubernator w życiu, z jakim rozmawiam. – Panowie z Polski? Przydałby się nam sponsor – śmieje się jego towarzysz z linii obrony. – Kolega jest marketingowcem, nie dziwcie się – uzupełnia gubernator. Zaprasza po meczu na piwo. – Byłem w Warszawie w zeszłym roku. Ale... tylko na lotnisku, miałem przesiadkę – dodaje, zanim zdążyłem spytać o wrażenia. Piłkarze z wyspy na wieść, że jesteśmy z Polski, próbują wypowiedzieć nazwisko naszego piłkarza. Szok: nie chodzi o Lewandowskiego!
– Bla... Blascykoueffskyy... – produkują się z uśmiechem. Luz jest powszechny, piłkarze drużyny przeciwnej, Matatoa, przebierają mnie we własną koszulkę. Ostatecznie kontraktu zawodowego nie podpisuję. Wszyscy zdają sobie sprawę, że futbol zawodowy nie ma na Wyspie Wielkanocnej, przy kilku tysiącach mieszkańców, najmniejszego sensu.
Święta wojna
Nad pierwszym boiskiem na Wyspie Wielkanocnej zastanawiano się w latach 50. Kiedy wreszcie powstało, odbywały się na nim mecze nie tylko piłkarskie, ale również tak popularnego w Oceanii rugby, w tym przypadku odmiany siedmioosobowej. W 1975 roku powstało stowarzyszenie dbające o interesy piłki nożnej na Rapa Nui. Jak się okazuje – istnieją tu dziś dwie ligi, obie amatorskie: Competitors League (mecze odbywają się we wtorki i piątki) z dwunastoma drużynami oraz Senior League z zespołami drużynami grającymi w weekendy. Jest też i klasyk, miejscowi dorobili się własnej „świętej wojny”! To starcie Hanga Roa FC z FC Moeroa, którą mam przyjemność oglądać.
Istnieje też oczywiście drużyna narodowa, choć w eliminacjach do poważnych mistrzostw udziału (jeszcze?) nie bierze. Rywalizowała dotąd choćby z Archipelagiem Juana Fernandeza – innym chilijskiemu terytorium zamorskim, znanym choćby z faktu, że zainspirowały Daniela Defoe do napisania „Robinsona Cruzoe”. Rywalizowała zwycięsko! W 1996 roku Rapa Nui wygrała 5:3, a w 2000 – już 16:0.
Taniec wojowników
Odbył się na Wyspie Wielkanocnej też hitowy mecz, o którym głośno było nie tylko na Pacyfiku! W 2009 roku, z okazji 30. edycji Pucharu Chile, zaproszono do udziału niektóre zespoły amatorskie i półprofesjonalne, aby uczcić rocznicę, w tym reprezentację Rapa Nui. W pierwszej rundzie przeciwnikiem zostało... Colo-Colo, najsłynniejszy chilijski klub! Wydarzeniem zainteresowała się nawet FIFA, która nazwała go „meczem stulecia”: Wyspa Wielkanocna po raz pierwszy gościła u siebie w pełni profesjonalną drużynę, jedynego chilijskiego zwycięzcę Copa Libertadores. Wyspa miała miesiąc na przygotowania do meczu. W składzie znaleźli się... muzycy ludowi, studenci i rzeźbiarze. Colo-Colo zostało na wyspie hucznie przyjęte przez komitet powitalny; były wieńce i tańce. Pojawiła się też 50-osobowa grupa ultrasów Colo-Colo o nazwie „Garra Blanca”, dlatego na trybunach pierwszy raz pojawiło się aż 20 (sic!) policjantów, aby zapewnić spokój. Na szczęście goście zachowywali się przyzwoicie. Na mecz przyszedł zresztą co drugi mieszkaniec Rapa Nui, stadion wypełnił się 3-tysięcznym tłumem. Działo się: najpierw gospodarze zatańczyli hoko – taniec wojowników Rapa Nui! Jest on ponoć spokrewniony z haką, znakiem rozpoznawczym Nowozelandczyków. Mecz potoczył się jednak zgodnie z oczekiwaniami. Drużyna Rapa Nui wytrzymała 30 minut, potem goście przełamali opór i ostatecznie zwyciężyli 4:0. To było jednak najmniej ważne. Po meczu cała drużyna poszła... świętować z kibicami. Bo jak inaczej?
WYSPA WIELKANOCNA
Wyspa na południowym Oceanie Spokojnym. Należy do Chile, jest od niego oddalona o 3600 km. Najbliżej leżącą zamieszkałą inną wyspą jest Pitcairn (w odległości 2078 km). Należy do najbardziej odizolowanych zamieszkałych wysp na świecie. Mieszka tu około 8 tysięcy ludzi. Wyspa, zasiedlona około 1200 roku, znana jest głównie z kamiennych posągów Moai.
MOAI
887 posągów ustawionych w różnych miejscach na całej wyspie, głównie na kamiennych platformach zwanych ahu. Większość z nich została wykuta w lekkiej skale pochodzącej z wulkanu Rano Raraku (polecam piękny widok ze szczytu na wygasły krater). Największy posąg ma 10 metrów i waży 70 ton. Niektóre z posągów mają charakterystyczne zwieńczenie – osobny kapelusik zwany pukao. Przeznaczenie i powód powstania posągów nie zostało w pełni wyjaśniony, istnieje wiele teorii na ten temat. Figury rzeźbione w kamieniołomach były toczone na drewnianych balach na miejsce przeznaczenia i stawiane do pionu za pomocą lin. Według jednej z teorii zużywanie dużej ilości drewna do transportu przyczyniło się do całkowitego ogołocenia wyspy z drzew.
W przerwie meczu Moeroa vs. Matatoa. W środku napastnik Sergio Tepano, gubernator wyspy, przedstawiciel rządu chilijskiego. Fot. Paweł Czado
Pierwsze boisko na wyspie powstało w latach 50. Obecny stadion może pomieścić 3000 widzów. Tuż poza nim (z lewej) widz nr 3001 - posąg Moai. Fot. Paweł Czado