Spełniamy swoje marzenia

Rozmowa z Kamilem Górnym, kapitanem reprezentacji

Kamil Górny to ostoja spokoju zarówno w życiu codziennym, jak i na lodzie. Fot. Łukasz Sobala/PressFocus

 Jak się otrzymuje nominacje na szefa zespołu narodowego?

- Też chciałbym wiedzieć (śmiech). Była spora rotacja w kadrze i w pierwszym turnieju tę rolę pełnił Bartek Ciura. Potem jego zabrakło, więc mnie powierzono tę funkcję i tak już zostało. Między nami trwały rozmowy i były takie wewnętrzne przymiarki. Potem jednak dyrektor reprezentacji, Jarek Rzeszutko, poinformował, że trenerzy obdarzyli mnie zaufaniem. Byłem tym zaskoczony i jednocześnie dumny, że będę mógł wyprowadzać zespół w tak ważnym turnieju, jakim są mistrzostwa świata. Mam nadzieję, że podołam swoim obowiązkom i poprowadzę drużynę do zwycięstw i sukcesów.

Nowy selekcjoner to nowy styl gry reprezentacji. Jak pan ocenia zmianę wizerunku?

- Trener Pekka Tirkkonen wprowadził wiele nowości w treningi i w styl gry. To jednak naturalna kolei rzeczy. Idziemy, w mojej ocenie, we właściwym kierunku. Gramy inaczej niż w poprzednich sezonach, nieco upraszczając bardziej ofensywnie, ale zawodnicy wykonują swoje zadania i to przynosi efekty. Naszą grę cechuje prostota, czyli neutralizowanie poczynań rywala we własnej strefie i szukanie okazji do wyprowadzenia ataku. Przede wszystkim mamy nie tracić krążka na niebieskiej linii i po jego przechwyceniu szukać okazji do skonstruowania akcji ofensywnej. Wybicie „gumy” ze swej strefy to dla nas ostateczność. 

Ta reprezentacja rozegrała już sporo meczów. Pańskie najmilsze wspomnienia oraz najtrudniejsze chwile dla zespołu?

- Rzeczywiście tych spotkań było wiele. Dla mnie chyba mój 100. mecz był najistotniejszy (7 listopada 2025 r. ze Słowenią 2:3 po dogrywce w Sosnowcu – przyp. red.), bo targały mną emocje, a nasz zespół grał dobrze i wygrał turniej Europejskiego Pucharu Narodów. Najgorszy występ to w tej samej edycji zaliczyliśmy w lutym w Edynburgu, gdzie przegrywaliśmy raptem jedną bramką, ale zespół prezentował się poniżej swoich możliwości. Jedynym usprawiedliwieniem było to, że nie graliśmy w optymalnym składzie.

Drużyna jest, naszym zdaniem, zbalansowana. Ma pan takie same odczucie?

- Od początku tej układanki było wiadomo, że trenerzy szukają optymalnego rozwiązania personalnego. Mieliśmy kilka zgrupowań w różnych konfiguracjach osobowych i trenerzy mieli okazję sprawdzić wszystkie ustawienia. Mamy cztery równe formacje, choć każda ma przypisane role. Jedni mają zadania bardziej ofensywne, inni bronią, ale też nie stronią od kreowania gry. Wszystko jest odpowiednio ułożone i nic tylko się cieszyć.

Trzy pierwsze mecze zadecydują, o co będziemy walczyć w tym turnieju. Skala trudności jest duża.

- Na terminarz nie mieliśmy żadnego wpływu, bo o nim zadecydowała międzynarodowa federacja. Jedno jest pewne - pierwsze trzy mecze będą dla nas finałowe. Skupiamy się na meczu z Ukrainą, gdzie między słupkami stanie mój kolega klubowy z bytomskiej Polonii, Bohdan Diaczenko. Już mu zapowiedziałem, że nie będzie miał taryfy ulgowej. Potem gramy z Francją i z Kazachstanem, głównymi kandydatami do awansu, ale nie możemy zapominać o niewygodnych i zawsze groźnych Japończykach. Mamy świadomość skali trudności, ale teraz skupiamy się na meczu z Ukrainą. Trzeba dobrze zainaugurować ten turniej.

Czy zespołowi towarzyszy duża presja?

- Staramy o tym nie myśleć, bo na pewno nie należymy do faworytów tej imprezy. Francuzi i Kazachowie, w moim przekonaniu, mają większą presję, bo po roku banicji chcieliby powrócić do elity. Chcemy spełniać swoje marzenia i jak najlepiej zaprezentować w każdym meczu. Niczego sobie nic narzucając, pragniemy czerpać radość z gry w każdej potyczce, a na końcu zobaczymy,w jakie miejsce nas to  zaprowadzi.

Odblokuj publikację i korzystaj bez ograniczeń

Kupuję

Masz już dostęp? Zaloguj się