Triumfalny powrót
Nieciecza w minionym sezonie żywo przypominała genialnego jamajskiego startera Usaina Bolta w jakimś biegu eliminacyjnym.
Feta drużyny i kibiców po awansie do ekstraklasy. Fot. Marta Badowska / PressFocus
Pokazujemy, że się da
Architektem siły tej drużyny, człowiekiem, który zna ją na wylot, bo wcześniej wyciągnął ją przecież z kryzysu, jest właśnie Brosz, mogący liczyć na zgrany sztab. 52-letni szkoleniowiec do Niecieczy w marcu 2024 roku objął funkcję trenera Słoni. A teraz podpisał z Bruk-Betem nowy kontrakt, który obowiązuje na dwa kolejne lata (do 30 czerwca 2027). Trener poprowadzi więc drużynę po awansie do ekstraklasy. - Cieszymy się, że awansowaliśmy. To dla nas ogromna radość, bo po trzech latach wracamy do najwyższej klasy rozgrywkowej. To wielkie święto dla naszej miejscowości, pokazujemy, że się da, że można - mówił wcześniej Brosz, gdy okazało się, że zespół już zapewnił sobie przepustkę do ekstraklasy.
Kiedy na początku sezonu miałem przyjemność odwiedzić drużynę, moje najkrótsze wrażenie z pobytu zmieściło się w krótkim stwierdzeniu „zapał i uśmiech”. Przyglądałem się zajęciom i profesjonalizmowi wszystkich w nich uczestniczących.
Sąsiednie osady wspierają
Każdy to wie, ale przypomnijmy - za tym ciągle niezwykłym na mapie Polski futbolowym zjawiskiem stoi rodzina Witkowskich. Krzysztof Witkowski nie dość, że zbudował potężną firmę zajmującą się produkcją kostki brukowej, to - mając podwaliny finansowe - sprawił, że życie mieszkańców liczącej trochę ponad pół tysiąca mieszkańców wsi leżącej niedaleko Tarnowa stało się dzięki piłce nożnej ciekawsze. W Niecieczy, wsi w województwie małopolskim - przez lata kojarzonej bardziej z tego, że 20 km dalej dom rodzinny i gospodarstwo miał przedwojenny premier Wincenty Witos - mieszkańcy są przepełnieni dumą dzięki... piłce nożnej. Na mecze chodzą zresztą przedstawiciele wielu sąsiednich wsi. Kiedyś dawno, gdy Nieciecza nie myślała nawet o potędze, wsie rywalizowały w niskich ligach województwa tarnowskiego. Dziś wspierają się na trybunach.
Rodzinie Witkowskich rzeczywiście zależy na lokalnej społeczności. W Niecieczy znana jest nie tylko ze smykałki do interesów i sportu. Dzięki niej licząca niewiele ponad 700 mieszkańców Nieciecza może pochwalić się również supernowoczesną salą kinową oraz teatralną. Mecenatem obejmuje miejscową szkołę, a także wspiera liczne przedsięwzięcia charytatywne.
Właściciele chcą, żeby stadion żył na co dzień i… żyje. Przypomnijmy - stworzyli strefę kibica, sklepik, postawili tam telebim, na którym fani mogą wspólnie oglądać mecze wyjazdowe. W tych spotkaniach uczestniczą piłkarze, którzy akurat z różnych powodów nie mogą być z drużyną podczas danego meczu.
Chcemy być rozpoznawalni
Klub rośnie i to dosłownie. Kilka lat temu, za poprzednich bytności Niecieczy w ekstraklasie, oprócz stadionu niewiele tu było (mam na myśli zaplecze). Teraz jest inaczej. Norbert Bradel, trener przygotowania psychomotorycznego, którego znam jeszcze z czasów, gdy współpracował z Marcinem Broszem w Górniku Zabrze, pokazywał mi zaplecze. Kiedy byłem tu pierwszy raz wiele lat temu, wokół stadionu rzeczywiście były tylko pola kukurydzy. Teraz zaplecze robi wrażenie. Trzy pełnowymiarowe murawy treningowe, jedna sztuczna, boisko do koszykówki i jeszcze jedno małe do gry. – Tak, na mnie też to zrobiło wrażenie. Właściwie mamy tu wszystko, czego potrzeba – mówili mi trenerzy.
Kiedy byłem w Niecieczy, pytałem piłkarzy, skąd takie dobre wyniki. – Bo… dobrze gramy – uśmiechał się Maciej Ambrosiewicz, który współpracował ze sztabem trenerskim jeszcze w Górniku Zabrze. – Myślę, że wzięło się to z końcówki poprzedniego sezonu. Zrozumieliśmy, czego oczekuje trener, robimy na boisku to, czego on chce. Pracowaliśmy nad tym, nawet być może kosztem wyników, ale daje to efekt. Trener lubi porozmawiać, objaśnić, wytłumaczyć, o co mu chodzi. Teraz już doskonale wiemy, co mamy robić, jak grać, nawet jak zachowywać się w szatni. Nie ma przypadku – wyjaśnił mi. Coś w tym jest…
Swego czasu Marcin Brosz wygłosił przed kamerami telewizyjnymi coś, co można uznać za klubowe credo, także po awansie: „Chcemy mieć swój sposób gry, atakowania, rozgrywania akcji. Nie ma znaczenia, czy jest 0:0, czy prowadzimy, czy musimy gonić wynik. Naszym priorytetem jest tak grać, żeby były emocje, żeby jak najwięcej kibiców chciało nas oglądać na żywo i w telewizji. Chcemy być rozpoznawalni – gdy ktoś przyjdzie do Termaliki, to będzie wiedzieć, jak chce grać, a nie o to pytać”.
Paweł Czado