Wciąż jesteśmy nienasyceni!
Rozmowa z Krzysztofem Wołkowiczem, piłkarzem Polonii Bytom, autorem gola na wagę jednego punktu we wtorkowym meczu w Legnicy
Czy gol Krzysztofa Wołkowicza okaże się zarzewiem powrotu Bytomian na zwycięską ścieżkę? Fot. Gleb Soboliev / Press Focus
Bramki w 96. minucie zawsze trzeba gratulować, zwłaszcza gdy daje punkt. Zimnej krwi panu w tamtej sytuacji nie zabrakło!
- Wiedziałem, gdzie się kręcić (śmiech)! Zdarzały mi się w przeszłości mecze, w których bywałem „dziewiątką”, więc zostało gdzieś trochę tego nosa snajperskiego.
No właśnie! Jeden z portali piłkarskich określa pana mianem „obrońcy”, inny - „lewym pomocnikiem”. A kim się na boisku czuje Krzysztof Wołkowicz?
- Wraz z nabieraniem doświadczenia człowiek chyba się bardziej już nadaje do gry raczej z tyłu. Gdy się jest młodym, odpowiedzialność jest trochę mniejsza, a za to większa – fantazja (śmiech). A tak szczerze i poważnie: występowałem już chyba na każdej pozycji, bo w ekstraklasie, w Stali Mielec grałem już jako prawa bądź lewa „dziesiątka”, za napastnikiem, i to też nie był problem. Teraz bywam nawet półlewym stoperem. Tak czy siak, zawsze staram się jak najlepiej wykorzystać swoje atuty.
Na tę bramkę to się pan trochę naczekał. Rok z okładem, od ekstraklasowego meczu z Motorem, jeszcze w Stali. Wiem, że po drodze były kontuzje, ale chyba doskwierał ten brak trafień?
- No właśnie może przez pryzmat tej kontuzji nieco mniej to odczuwałem, nie ciążyło mi to jakoś szczególnie. Zresztą wiedziałem, że na pewno bramkę strzelę w tym sezonie, bo... zawsze strzelam.
W poprzednich meczach wiosennych wszystko, co złe, działo się Polonii po godzinie gry. W Legnicy od 70. minuty panowaliście na boisku. Nagle nogi zaczęły lepiej nieść po dwutygodniowej przerwie, czy po prostu „głowa dojechała”?
- Ha! Gdybyśmy to wiedzieli, byłoby nam łatwiej (śmiech). Rzeczywiście, dotąd właśnie po 60. minucie traciliśmy bramki, a tutaj – odrobiliśmy stratę. Zresztą różnie się to mogło potoczyć, gdyby Miedź strzeliła nam więcej goli – a miała na to okazje. Nie ma tu jednej łatwej odpowiedzi i... chyba dlatego tak kochamy piłkę, bo bywa nieobliczalna. Ale prawda jest taka, że była teraz i siła w nogach, i dobrze ułożony mental. Wszystko „puściło” w tym samym momencie. Oby to był dobry sygnał, że... teraz już tak będzie w każdym kolejnym meczu, i to nie tylko po 70. minucie!
A jak się ten mocny mental buduje, kiedy z tyłu głowy jest sześć meczów bez zwycięstwa?
- No właśnie czymś takim; takim remisem! Chociaż i tak jesteśmy nienasyceni; jest narracja, że powinniśmy wygrać w Legnicy.
„A ja też chcę wrócić do ekstraklasy” - powiedział pan „Sportowi” kilka miesięcy temu.
- Chcę – nic się nie zmieniło od tamtej pory!
No i super! Ale czy cała otoczka - choćby słynne już słowa prezesa, że Polonii nie stać na ekstraklasę - nie gasi nieco waszego entuzjazmu?
- Wokół przytoczonych słów prezesa narosło za dużo zbędnych teorii. Na pewno nikt nie broni nam marzyć i nikt nie zabronił nam walczyć o jak najwyższe cele. Mogę mówić za siebie: ja zawsze gram o zwycięstwo. I jak z kolegami zrobię awans, to niech klub Polonia Bytom... ma problem z tym, że awans wywalczyliśmy (śmiech). Ja jestem od tego, żeby robić wynik na boisku – najlepszy jaki tylko się da. Trenerzy są od jak najlepszego przygotowania nas do gry. Wszystko, co poza tym, już nie jest po naszej stronie.
A sportowo – pan akurat ma porównanie, bo ostatnie dwa sezony spędził pan w Mielcu – Polonia dziś ze swą grą do ewentualnej ekstraklasy przystaje?
- Jak ktoś ma swój pomysł na grę, dzięki któremu wygrywa, to na pewno nie wchodzi do ekstraklasy, będąc skazanym na porażki w niej. Wiadomo, że jakość drużyn w ekstraklasie jest ogromna i czasem może boleśnie taki plan weryfikować, ale trzeba robić wszystko, żeby żmudnym dążeniem do tej perfekcji się wybronić.
W niedzielę gracie z Wisłą. Ma pan wrażenie, że – jak to wynikałoby z tabeli - rywal rzeczywiście przerasta tę ligę o głowę?- Jeśli tak to wygląda w tabeli, no to... tak chyba musi być. Z faktami się nie dyskutuje. Wisła już czwarty sezon gra w pierwszej lidze, i jej się nauczyła. Zagrała w barażach, w międzyczasie zdobyła Puchar Polski. I jest zawsze mocna.
To się okaże w niedzielę! A przyjedzie do was bez Angela Rodado i bez Jordiego Sancheza. Maleńki plusik przy Polonii można postawić z tego powodu?
- Nasz sztab zawsze jest przygotowany w najdrobniejszych szczegółach dotyczących rywala. Jestem pewien, że pod te informacje też coś ułoży.
Panu Wisła akurat zupełnie nieźle się kojarzy, biorąc pod uwagę na przykład tyskie wspomnienia, co nie?
- Rzeczywiście dobrze wspominam te mecze sprzed trzech lat. W Tychach wygraliśmy 3:1, będąc akurat... w kryzysie. Dwie asysty wtedy dałem. Zresztą wówczas był jakiś temat moich przenosin do Wisły, choć nie dotarł do etapu oficjalnych rozmów, a jedynie „przymiarek”.
Do jakiej pozycji?
- Lewego obrońcy albo wahadłowego.
W rewanżu – przegranym 1:2 – zdobył pan gola z karnego. Teraz też by pan do niego podszedł?
- Oczywiście!
Rozmawiał Dariusz Leśnikowski