Wrocław musi poczekać
Na Dolnym Śląsku miała być feta z okazji awansu, jednak te plany pokrzyżował ŁKS.
Luka Marjanac szarżuje między graczami ŁKS-u. Fot. PAP/Maciej Kulczyński
Na trzy kolejki przed końcem sezonu Śląsk jest na ostatniej prostej dzięki czarodziejskiej serii jedenastu meczów bez porażki, a ostatnio umocnił swoją pozycję w tabeli dzięki dwóm majowym wygranym wyjazdom. Jednak remis z ŁKS-em nie został przyjęty z radością. Goście wcale nie podchodzili do tego meczu z pochylonymi głowami - w końcu wygrali trzy ostatnie mecze i również marzą o ekstraklasie - przez udział w barażach.
Remis oznaczał, że na murawie zostało dwóch rannych i każdy miał mieszane uczucia. Śląsk - nie wygrał, ale mógł przegrać. Z kolei ŁKS - mógł wygrać, ale remis na boisku wicelidera też wstydu nie przynosi....
Gong przed przerwą
Mecz toczył się w deszczu i zawodnicy wycierali piłkę przy wyrzutach z autu. Pierwszy szansę miał ŁKS - mimo że na początku miał trudności, żeby w ogóle przy piłce się znaleźć! W 10 min Mateusz Wysokiński trafił w słupek. Zdecydowanie bardziej wyraziste w I połowie były akcje Łodzian. Efektem gol przed przerwą: w 42 min będący ostatnio w dobrej strzeleckiej formie Fabian Piasecki pokazał, co potrafi. Z zimną krwią wykorzystał sytuację sam na sam po cudownym podaniu Andre Arasy. To był prztyczek w nos Śląska. „Peruwiańczycy" (koszulki ŁKS-u do złudzenia przypominały narodowe trykoty południowoamerykańskiej reprezentacji) mogli być z siebie zadowoleni.
Dogonili, ale nie przegonili
Trener gospodarzy, Ante Simundza, zareagował w przerwie dwiema zmianami. Gospodarze nadal jednak nie stwarzali szans. Łodzianom w to graj: po dynamicznym rajdzie Arasy, fatalnie interweniował Ukrainiec Jehor Macenko, który - zamiast pozwolić złapać piłkę bramkarzowi - wpakował ją do własnej bramki! Aż złapał się za głowę z przejęcia, ale było za późno. Wydawało się, że jest po meczu, ale Śląsk spiął się i... ruszył z taką mocą, że ŁKS dał się stłamsić. Z tego tłamszenia, gdy dym już opadł, wyszło, że na tablicy widnieje remis! Najpierw po zamieszaniu piłkę z bliska dobił nastolatek Kurowski, a po chwili Macenko pięknym strzałem głową po rzucie rożnym zrehabilitował się w pełni. Obrońcy ŁKS-u wybili wprawdzie piłkę, ale już zza linii bramkowej.
Kibice Śląska zostali z mieszanymi uczuciami, ale tragedii nie ma. ŁKS pozostaje w grze, jednak trudno sobie wyobrazić, żeby Wrocławianie mogli zmarnować szansę. Feta wydaje się jedynie odłożona w czasie, choć żeby do niej w ogóle doszło, trzeba jeszcze się spiąć.
(pacz)
OCENA MECZU ⭐ ⭐ ⭐
◼ Śląsk Wrocław - ŁKS Łódź 2:2 (0:1)
0:1 – Piasecki, 42 min, 0:2 – Macenko, 61 min (samob.), 1:2 – Kurowski, 63 min, 2:2 – Macenko, 68 min (głową)
ŚLĄSK: Szromnik - Rosiak (46. Linares), Macenko, Ba, Malec - Kurowski, Wojtczak (46. Markowski), Yriarte, Samiec-Talar - Marjanac (80. Jambor), Banaszak. Trener Ante SIMUNDZA.
ŁKS: Bomba - Loffelsend, Rudol, Craciun, Fałowski - Norlin (82. Ernst), Wysokiński, Wojciechowski (71. Lewandowski), Hinokio - Piasecki (82. Krykun), Arasa (89. Młynarczyk). Trener Grzegorz SZOKA.
Sędziował Mateusz Piszczelok (Katowice). Widzów 24980. Żółte kartki: Samiec-Talar – Hinokio, Fałowski.