Wysokie warszawskie progi

TRYBUNA KIBICA - GKS Katowice

Jeszcze przed meczem w Warszawie kibice GieKSy, a może też i sami piłkarze, a także sztab szkoleniowy, mogli snuć marzenia o tym, że uda się uszczknąć w meczu z Legią w Warszawie choć punkt.
Być może powiodłoby się to, gdyby nie dwa - moim zdaniem - kluczowe momenty niedzielnego meczu na Łazienkowskiej 3 w Warszawie. Dotyczą one końcowych fragmentów zarówno pierwszej, jak i drugiej połowy.
Przez 42 minuty piłkarzom trenera Rafała Góraka udawało się zachowywać czyste konto po stronie strat. Jednak dokładnie w 43 minucie gol na 1:0 autorstwa Pawła Wszołka zburzył ten misterny plan.
W sumie legioniści wykorzystali to, co mieli wykorzystać i dlatego schodzili do szatni po pierwszej połowie w zasadniczo lepszych nastrojach niż katowiczanie. Tym ambicji nie można było odmówić, ale zbyt mało mieli atutów, by zagrozić bramce Kacpra Tobiasza.
Dla odmiany w pierwszych fragmentach drugiej połowy piłkarzom GKS-u udawało się nawiązywać równorzędną grę z gospodarzami, a efektem tego była bramka z rodzaju „stadiony świata” autorstwa Bartosza Nowaka, po podaniu ze skrzydła Marcina Wasielewskiego.
Być może ten gol wprowadził w szeregach piłkarzy GKS Katowice samouspokojenie; jakby zapomnieli, że gra się do ostatniego gwizdka arbitra.
I właśnie w doliczonym czasie gry najpierw Artur Jędrzejczyk wyprowadził zespół Legii na prowadzenie 2:1, a potem Ryoya Morishita dokonał dzieła zniszczenia piłkarzy z Katowic.
Przed sztabem szkoleniowym GKS Katowice stoi niełatwe zadanie odbudowania morale piłkarzy, szczególnie po porażce w ostatnich dosłownie sekundach meczu w Warszawie. Nadto zespół z Nowej Bukowej może czuć się ,,dobity” tylko jednym zdobytym punktem w obecnym sezonie.
Niech zatem rehabilitacja i poprawa nastrojów pojawią się możliwie najwcześniej – a najlepiej już w meczu z Arką Gdynia w Katowicach.

Marzyciel